Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wycieczkowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wycieczkowo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 marca 2017

Ogród w górach

Byliście z dziećmi w górach? Nie, że od razu jakiś  tam ośmiotysięcznik. Choć zapewne znajdzie się ktoś, kto o tym myśli. O zgrozo! Górach, takich zwykłych górach, ale nie tych, co się tylko z okna hotelowego widzi, tylko jednak gdzieś tam kawałek pod kątem przejdzie. Byliście? Z czym Wam się to kojarzy? Jeśli Wasza odpowiedź miałaby mieć coś wspólnego z 'cud, miód i malina', to sorki, ale nie jestem zainteresowana Waszą odpowiedzią. Że tak się wyrażę, mój to blog i nie chodzi tu o to, żeby tu kogokolwiek, a przede wszystkim mnie, dobijać. 

Mi się kojarzy z: daleko jeszcze? Nogi mnie bolą. Daleko jeszcze? Chce mi się pić, jeść, ... . Daleko jeszcze? Kiedy dojdziemy? Daleko jeszcze? Ja chcę na rączki! Daleko jeszcze?

No i kombinuję. Szukam miejsc i tras niezbyt trudnych i długich. Ok! Raz mi się coś machnęło o parę kilometrów. Raz i od razu afera! Próbuję znaleźć coś takiego, by po drodze się działo, by odwrócić uwagę od faktu, że jeszcze nie dotarliśmy do celu. Żeby nie było! Bo to nie jest kwestia przymusu chodzenia po górach. Chęci są. Radość jest. I zapał jest, ino... wystarcza go na pierwsze trzy minuty drogi.

I chyba znalazłam. Są dwa słowa, które na Młodą działają kojąco, mimo że wie, że pod górkę trzeba będzie podejść. 

OGRÓD BAJEK

Położony na wysokości 780 m n.p.m. w Międzygórzu, pomiędzy górą Toczek a Igliczną. Założony po I wojnie światowej przez pracownika leśnego Izydora Kriestena, który z korzeni drzew, szyszek, kory tworzył bajkowe postacie. Ogród ten wielokrotnie niszczał, po czym następowały próby jego odbudowywania. Od 1985 roku jest w rękach Oddziału PTTK w Międzygórzu. Barwną historię ogrodu znajdziecie Tutaj. Obecnie można podziwiać tam postacie z bajek takie między innymi, jak: Smerfy, Koziołek Matołek, Kubuś Puchatek, Pszczółka Maja i Gucio, Kot w butach. 
Część z nich jest nowa, część już nadgryzł znak czasu. Dla nas ma już teraz wartość sentymentalną. Jest to pierwszy górski punkt, do którego nasza Młoda doszła całkowicie sama mając dwa lata. Teraz w wieku lat czterech powtórzyła tę trasę. Ze zdecydowanie lepszym czasem :)


Międzygórskie PTTK na swojej stronie podpowiada, jak można dojść do Ogrodu Bajek. My na wycieczkę z dziećmi polecamy szlaki krasnalowe. 
 - z przystanku PKS ul. Śnieżna lub z parkingu naprzeciw Ośrodka Wypoczynkowego "Gigant" Szlakiem czerwonego Krasnala, w ciągu 30 minut będziecie na miejscu, 
 - z  tego samego przystanku lub parkingu, Szlakiem żółtego Krasnala zajmie to minut 40.


My póki co trenujemy ten drugi właśnie. Dlaczego polecamy te trasy? Nie są trudne. Aż do samego Ogrodu do drzew poprzypinane są znaczki z krasnalami żółtymi lub czerwonymi (w zależności od wybranej drogi). Ich poszukiwania zdecydowanie urozmaicają drogę maluchom, a dzięki temu dają spokój ducha rodzicom :) Gdyby jednak i to było mało, możemy liczyć również na pomoc licznych tam domków dla ptaków. Tyle w jedną stronę. By druga nie była monotonna, wracając żółtym Szlakiem Krasnala zachęcamy odbić na Wodospad Wilczki. Ostrzegam jednak! Tam prowadzą kamienne schody, co wybierając się szczególnie z dziećmi warto mieć na uwadze. Stamtąd jednak już rzut beretem do miłego miejsca, w którym coś dobrego można zjeść. 

Jeśli jeszcze nie jesteście przekonani może nasza mała fotorelacja Was przekona? Zapraszam :)

2015

2015

2015

2015

2017

2017

2017
A na koniec mały dowód na to jak czas szybko leci...

2015

2017


wtorek, 4 sierpnia 2015

Z zamiłowania do zwiedzania i... naklejek

Minął już niemal rok od naszej rodzinnej wyprawy na weekend w Góry Izerskie. Przeszło mi wtedy przez myśl, by naszego młodego piechura wyposażyć w książeczkę Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego (PTTK). 
O samym dokumencie nie wiedziałam zbyt wiele. Tyle, co pamiętałam z dawnych czasów. 

Jednak, gdy pomyślałam o górach automatycznie skojarzyło mi się to z PTTK.

Jak to powiązałam z niespełna dwuletnią wówczas Młodą? Proste :)

Książeczka PTTK = pieczątki/naklejki, czyli to co młode tygryski lubią najbardziej :) 

Czysta przyjemność dla dziecka w ich kolekcjonowaniu, a przy okazji świetna pamiątka z pierwszych wypraw. 

Przed wyjazdem jednak nie udało mi się jej zdobyć. W Świeradowie również nie. Na Stogu Izerskim zaproponowano nam natomiast Dziennik Turystyczny Wander Book.




Pierwszy raz się z nim zetknęłam. Książeczka prezentowała się przyzwoicie. Ładne zdjęcia z krótkim opisem najważniejszych punktów turystycznych okolicy w formie naklejki dopełniały dzieła. Zakupione. Przyklejone. Jest. 





Po powrocie zaczęłam szukać informacji o tej książeczce. Okazało się, że jako produkt czeski właśnie tam jest najbardziej popularna, sprzedawana pod oryginalną nazwą Turistická vizitka. W Polsce była to inicjatywa dość mocno jednak jeszcze raczkująca, a same naklejki dostępne głównie w okolicach Jeleniej Góry. W ostatnim czasie nie udało nam się odwiedzić tamtych terenów, więc książeczka przeleżała kilka miesięcy na półce. 


Temat powrócił. Żeby było zabawniej znów za sprawą PTTK, a właściwie ich odznak, które kolekcjonuje moja czteroletnia chrześnica Zuzia:) Bardzo nas to zaintrygowało i w planach mamy, by spróbować również swoich sił. 

Zanim jednak, odkurzyłam naszą waderowską książeczkę. Co się okazało? Obecnie Wander Book umożliwia kolekcjonowanie naklejek (Wader Cards) z najpiękniejszych i najciekawszych miejsc z Polski, Czech, Niemiec i Słowacji. Zdecydowanie więcej polskich miast i punktów turystycznych włączyło się do akcji. Z samego Dolnego Śląska mowa o ponad 300 obiektach. Również tych z Wrocławia! Dostępne między innymi w Centrum Informacji Turystycznej. Do zdobycia naklejki z: Halą Stulecia, Mostem Grunwaldzkim, Ogrodem Japońskim, Sky Towerem czy Iglicą. Osoby najbardziej wytrwałe w kolekcjonowaniu mogą oczywiście liczyć na nagrody i odznaki.

Czy to inicjatywa PTTK, innej instytucji czy Wander Book, jest to niezły pomysł, by wziąć w nich udział. Prowadzenie dziennika turystycznego może być świetną pamiątką, a jednocześnie dobrym motywatorem. Dlaczego więc nie rozpocząć zabawy z najmłodszymi? 
A nuż, widelec zaszczepimy smykałkę podróżniczą. Jak to też często bywa... zbieranie naklejek/odznak przez nasze dzieci zmusi nas do spędzenia czasu aktywniej :)

Stog Izerski, Październik 2014

piątek, 3 lipca 2015

Kwaśny smak koloru słońca

Krąży. Obserwuje. Co kilka minut przystaje. Mruży oczy. Idzie dalej. Wyszukuje. Zdecydowanie! Wyszukuje. Wzrok ma nieobecny. Niby jest tutaj. A jakby go nie było. Łowi. Kto będzie ofiarą? Kto TYM razem będzie ofiarą? Jest. Uderza. Przystaje, ale jest gotowy do ucieczki. Boi się. Ale uderza jeszcze raz. Tym razem jednak od razu ucieka. Może na wszelki wypadek? Sytuacja się powtarza po kilku minutach. Czy ofiara będzie ta sama? W oczach już nie ma pustki. Przebija się agresja i determinacja. Ofiara już wie, że to ona będzie celem. Przygotowuje się. Sama czujnie obserwuje. Co ON zrobi tym razem? 
JEGO wzrok coraz bardziej mroczny, coraz bardziej przerażający. I tak co dzień.

Reaguję raz. Drugi. Mocniej gdy atakowane jest moje dziecko. Sama staję się ofiarą. Teraz we mnie buzuje złość. 

Rozmawiam z jego mamą. I jeszcze w trakcie rozmowy wiem, że to nie był najlepszy pomysł i już na pewno wiem, że to nic nie da.  

Złość zamienia się w ogromny żal. Bardzo mi szkoda tego dzieciaka. Tak! Bo mowa (na oko) o sześciolatku. Dziecku, wydawałoby się, na wakacjach marzeń. 

Obserwuję nadal. Już nieco pod innym kątem. Znów jestem zła. Ale już nie na niego. 

Ciepłe kraje. Dookoła głównie obcokrajowcy. Przyjeżdża ONA z partnerem i dwójką swoich nieletnich dzieci. Dziewczynka dość łatwo odnajduje się w środowisku. Jest nieco starsza. Wydaje się znać podstawy różnych języków obcych. Czuje się swobodnie. Jest doświadczona w zajmowaniu się sobą. Potrafi znaleźć sobie zajęcie. 
On wprost przeciwnie. Jest zagubiony. Potrzebuje uwagi. Chce być zauważony. Nie jest to proste. Mama jest daleko. Z daleka od zgiełku basenowego. Zdarza się, że wstaje i przechodzi nieopodal. Wtedy ON błaga ją, żeby z nim trochę się pobawiła, pobyła. To są bardzo krótkie chwile. On więc rozładowuje swój zawód, swoją złość na rówieśnikach i ich zabawkach. Jeśli sytuacja tego wymaga, również na dorosłych. Przy okazji udaje się wzbudzić jakiekolwiek zainteresowanie siostry. Czasem mamy. Sposób w jego mniemaniu dobry, jak każdy innych. 

Tak mija dzień za dniem. Słoneczne, wakacyjne dni. Wydawałoby się, że tak szczęśliwe. 

Dlaczego o tym piszę? Mimo tego, że minęło już dobrych parę dni od powrotu z wakacji nie ma dnia, żebym nie myślała o tym dzieciaku. Nigdy wcześniej w niczyich oczach nie widziałam takiego żalu i tyle agresji. Czy gdyby miał pod ręką nóż użyłby go? Nie jestem w stanie powiedzieć z pełną stanowczością, że nie. 

Szczególnie w okresie wakacyjnym dużo mówi się o porzucanych zwierzętach. Głównie psach. 'Przeszkadzającym' swoim właścicielom w wypoczynku. 
Może część z Was będzie miała mi za złe takie porównanie. Ja jednak w oczach tego sześciolatka poniekąd widziałam właśnie takiego zagubionego, porzuconego zwierzaka. 
Nie chcę oceniać Rozumiem potrzebę wypoczynku. Każdy ma do tego pełne prawo. To nie ulega wątpliwości.Nie rozumiem jednak i nie akceptuję sytuacji, której byłam świadkiem przez parę dni.

Może czas więc na kolejną kampanię społeczną? O odpowiedzialności również za dzieci.

Fot. Kasia Duś

niedziela, 10 maja 2015

Ochronniki, czyli z dzieckiem w świecie hałasu

Miało być o balonach (Balloon Festival), ale niestety pogoda zakłóciła święto w Krzyżowej (koło Świdnicy) i niestety musieliśmy się obejść smakiem. Wybraliśmy się tam w sobotę, ale nie znalazł się szaleniec, który by zdecydował się wzbić w powietrze. Niemniej plany mieliśmy bojowe :)


Wszelkie tego typu imprezy, czy też koncerty, o których pisałam poprzednio sprawiają, że często się zastanawiamy czy zabrać na nie swoje dziecko. I bardzo dobrze, że staramy się, by to była przemyślana decyzja. 

Dyskusję na ten temat chcę zacząć jednak dość przekornie od innej uroczystości. Wesela. Temat znany każdemu. Dostajemy zaproszenie i jednocześnie zagwozdkę: co zrobimy z dzieckiem? Zostawiamy pod opieką dziadków? Zabieramy swoje maleństwo i...babcię do opieki? Bez babci? Czy będą warunki by młodego potomka przewinąć/położyć spać? Czy przy starszym dziecku będzie bezpiecznie pozostawić je bez czujnego rodzicielskiego oka, kiedy mama z tatą zechcą potańczyć? Pytań jest wiele.

Ale ilu z nas przejdzie przez myśl pytanie: czy naszemu dziecku nie będzie tam za głośno?
Ot i właśnie. Przy niemowlaku a i owszem paru osobom może się przytrafić. A przy starszym dziecku? Zdecydowanie rzadziej. Jedną rzeczą jest zastanawianie się nad tym, a drugą wiedza, jak można problem hałasu przynajmniej ograniczyć. 

Czy kojarzycie z wesel lub podobnych uroczystości takie widoki:
  • płaczące dzieci, 
  • spinanie mięśni u najmłodszych, 
  • ich lęk, 
  • uciekanie z sali, 
  • krzyki, 
  • zatykanie uszów?
Ja tak. Częściową przyczyną może być oczywiście fakt, że są w nowym miejscu, są nowi ludzie dookoła, jest to zupełnie nowa dla nich sytuacja. U młodszych dzieci potrafimy to wytłumaczyć również: ząbkowaniem, kolką, początkiem choroby, głodem, bólem brzucha, wszelako pojętą 'niegrzecznością'.

A co z hałasem? Może on przecież powodować ogromny dyskomfort, jak i zmęczenie. Ale przede wszystkim wystawienie przez zbyt długi czas na duży hałas (zbyt wysokie poziomy ciśnienia akustycznego) może powodować bezpowrotne uszkodzenie słuchu. Nie mówię, że w sekundzie się ogłuchnie, ale należy brać pod uwagę, że z biegiem lat słuch się starzeje, a takie czynniki proces ten przyspieszają. 

Nie da się wszystkiego przewidzieć czy uniknąć. W okresie dojrzewania zapewne nie raz i nie dwa nasze latorośle wypowiedzą wyzwanie swojemu słuchowi, chociażby próbując 'przekrzyczeć' muzyką ze słuchawek hałas jadącego autobusu. Póki jednak mamy na to większy niż mniejszy wpływ zadbajmy o ich bezpieczeństwo również od tej strony.

Ochronniki słuchu dla maluchów są w Polsce coraz bardziej dostępne. Są kolorowe, wzorzyste, lekkie, zachęcające do noszenia. Cena to ok. 65 złotych, ale co ważne to nie jest zakup na raz czy na rok. Średnia wartość tłumienia to 27 dB (decybeli). Innymi słowy, jeśli jesteśmy narażeni na poziom ciśnienia akustycznego o wysokości 100dB, który może spowodować motocykl bez tłumika, czy też ruch uliczny (90 dB), to takie takie ochronniki mogą je zminimalizować do poziomu hałasu z wnętrza samochodu czy też restauracji (70 dB), czy kolejno - wydawanego przez odkurzacz (60 dB).

Nasza Młoda pierwszy raz miała z nimi przyjemność jeszcze przed pierwszymi urodzinami na weselu swojego wujka. Podobało jej się bardzo. Gdy tylko robiło się ciut głośniej, sama pokazywała by jej założyć. Z wiekiem, jak się domyślacie, było jednak już nieco gorzej. Mamy za sobą bunt zakładania czegokolwiek na głowę. Tym samym, z tego miejsca, chciałabym bardzo podziękować chłopakowi, który pewnego cudnego poranka wsiadł do tramwaju niegdyś zwanego Plusem w rażących słuchawkach na uszach. Jemu osobiście współczuję, bo słuchanie muzyki tak głośno do niczego dobrego doprowadzić nie może. Niemniej widok ten spodobał się memu dziecięciu i dzięki temu na parę dni przed omawianą już tu 3-majówką, na nowo pokochała swoje ochronniki :)

Temat pozostawiam do przemyślenia. 

Wrzesień 2013 vs. Maj 2015
Za konsultację specjalistyczną dziękuję memu osobistemu akustykowi - Mr Mężowi Michałowi :) Mua :*

Wpisu tego nie należy traktować jako reklamy. 

wtorek, 5 maja 2015

3-majówka - sentymentalnie

Długi weekend majowy okazał się być bardzo sentymentalnym dla mnie czasem. Długo walczyliśmy z myślami, jak go spędzić. Ostatecznie porozdzielaliśmy pomysły na poszczególne dni. Tak też w piątek pojechaliśmy w moje rodzinne strony, by w niedzielę wrócić do Wrocławia na koncerty. 

Weekend w domu tradycyjny – nieco za mało ruchu, troszkę za dużo jedzenia ;) Między jednym a drugim udało się jednak wpleść przemiły spacer połączony ze.... zbieraniem winniczków. W większym rodzinnym gronie liczącym między innymi: 2.5 latkę i trzylatka, kobietę w ciąży, odstresowującego się przed poniedziałkiem maturzystę, czy też faceta, który większość swojego życia spędził w mieście i sam nie wierzył co tam robi :) Drużyna marzeń! Nieprawdaż?

Dla niewtajemniczonych. Maj jest miesiącem, podczas którego zwykle znoszona jest ochrona ze ślimaka winniczka i ruszają sezonowe punkty skupu.  Wszystko zależne jest oczywiście od aktualnej ich liczebności, która może być różna w różych częściach kraju, dlatego też takie decyzje wydają Regionale Dyrekcje Ochrony Środowiska. Istotne jest również to, że prawo zabrania zbierania ślimaków na terenie parków krajobrazowych, parków narodowych i rezerwatów. Wolno zbierać wyłączie osobniki z muszlą o średnicy powyżej trzech centymetrów. 

Dla mnie to sentymentalny powrót do czasów zamierzchłych. Zrobiła się z tego mała podróż sentymentalna. Odwiedziliśmy ten sam staw i te same rowy, jak za dzieciaka z moimi rodzicami i rodzeństwem. Teraz też zabrałam swoją rodzinkę, założyliśmy kalosze, wzięliśmy wiaderka i poszliśmy na majowy podeszczowy spacer. 


Tyle pierwsza część weekendu. Na niedzielę zaplanowany był powrót do Wrocławia. Długi weekend majowy w stolicy Dolnego Śląska to czas, na który miłośnicy muzyki w plenerze czekają z utęsknieniem. To już tradycyjne otwarcie sezonu. Podczas 3-Majówki występują zarówno najpopularniejsze w danym czasie artyści, jak i też zupełnie nowe głosy. Nie zapomina się również o weteranach polskiej sceny rockowej. Mam ogromny sentyment do tej imprezy, ale też jestem miłośnikiem tego typu koncertów. Nauczył mnie tego Wrocław. Nie ukrywam - nauczyły mnie tego Juwenalia :) 
I tak też w kolejną w ciągu kilku dni sentymentalną podróż wybraliśmy się na Pergolę...pierwszy raz w trójkę :)


Dlaczego sentymentalnie?
  • Imprezy plenerowe we Wrocławiu to początek mojej znajomości z mym małżonkiem. Romantycznie - pomyślicie. I tak i nie :) Gdy ma się faceta pracującego przy koncertach może się okazać, że przyjście na koncert to jedyna możliwość na spotkanie. Z tym kojarzy mi się też 3-majówka - jeszcze wtedy na Wyspie Słodowej,
  • Dzisiaj grał Happysad. Postarzeli sie chłopcy nieco, ale przyznać im trzeba, że średnia wieku pod sceną podobna jest do tej sprzed lat :) Mi kojarzą się przede wszystkim z czasami studenckimi i naszym, wówczas głównie babskim, mieszkaniem na Popowicach. Były tam takie dni, a niekiedy nawet tygodnie, gdzie prym wiodła piosenka dostępna poniżej. Ola, pamiętasz? :)
  • A gdy bawisz się przy Kulcie ze swoim dzieckiem (2.5 letnim!) wiedz, że życie już nigdy nie będzie takie samo :) A gdy Twoje dziecko wtóruje Kazikowi podczas Passengera z la la la la lalala to wiedz, że tego nie da się już odkręcić. 
  • Dzisiaj opuścić musieliśmy koncert Hey - wiążacy się dla mnie z tysiącami różnych wspomnień. Nie było jednak szans wszystkiego pogodzić. Ich i pozostałych Młoda pozna w innym terminie. 
  • Last but not least – LUDZIE! Super było się z Wami spotkać! Nieplanowanie. Zwykle po latach. Oby następny raz był szybciej!

piątek, 24 kwietnia 2015

Wycieczkowo: Wrocławskie ZOO - jak przygotować siebie ... i dziecko

Oficjalnie rozpoczęliśmy wiosenny sezon! Tak! Wiem! Ale... to nie jest kwestia problemu z kalendarzem lub przespania ostatniego miesiąca. Dopiero jednak w ubiegłą niedzielę dotarliśmy do Parku Staromiejskiego i Młoda mogła skorzystać z wiosennej przejażdżki na karuzeli. Drewniane konie, gondole i TA melodyjka tworzą niezapomniany klimat. Miejsce lubiane zarówno przez dzieci, jak i ich rodziców. Jeśli nie mieliście okazji jeszcze tam być - zachęcam i odsyłąm tutaj

Jak tak właśnie przyglądałam się Młodej robiącej podchody do taty, by namówić go na kolejną przejażdżkę, przypomniał mi się wypad do ZOO.


A rozpoczął on się tak: Mania!, Mańka!, Marysia!, Maryśka!, Chodź tutaj!, Nie idź tam!, Uważaj!, Idziemy!, Nie ruszaj!, ..., Nie wolno tak! 

I tak dziesiątki razy rzecz jasna, aż... mentalnie walnęłam się w czoło. I zadałam sobie pytanie Dla kogo ten wypad miał być prawdziwą przyjemnością? Czy robi mi to naprawdę dużą różnicę czy najpierw zobaczymy żyrafę czy lwa? Czy to nie miał być relaks?

I tu nagle przyszło olśnienie. W ZOO naprawdę dużo się dzieje. Zauważyłam to ja sama i głowa kręciła mi się we wszystkie strony. Jak więc musiała się czuć 2.5latka podczas swojej pierwszej w pełni świadomej wyprawy?

Drodzy rodzice i wszyscy Ci, którzy z dzieckiem wybieracie się do ZOO, jak i Wy, którzy podczas takich wypraw widzicie 'niesubordynowane' maluchy: ogród zoologiczny tętni mnogością bodźców. Taka wyprawa to:

  • nowe miejsce: nowa przestrzeń, nowy chodnik, nowa ścieżka, najfajniejsza pod słońcem kostka brukowa, inny niż zwykle krawężnik, kamień, liść, szyszka, ..., górka.
  • nowi ludzie: ogrom postaci widzianych pierwszy raz w życiu, dorośli, dzieci, biegający, skaczący, piszczący, płaczący potencjalni przyjaciele zabaw, z zabawkami innymi niż te, które mam ja, pijące z bardziej kolorowych butelek, kubków...
  • inna niż zwykle atmosfera: rodzice zachowują się inaczej niż zwykle. Ja nie do końca wiem jak się zachować. Co robi się w ZOO właściwie?
  • żywe zwierzęta: do tej pory widziane wyłącznie w książkach, znane z bajek, opowiadań, widziane w telewizji są na wyciągnięcie ręki. One się ruszają! Ziewają! Jedzą! Bawią się! Czy na pewno pójdziemy do lwa? Musimy iść do lwa!

Weźmy to pod uwagę przed kolejną wyprawą. Zapewniam, że dzień minie sympatyczniej. Nie chodzi o to, żeby maluchy biegały samopas po ZOO. Jeśli jednak nie co dzień wybieramy się w takie miejsca, to ten jeden dzień to jest naprawdę COŚ. Emocje też są trudne do opisania. 


Jeśli macie więc takie dziecko jak my, które jest ciekawe wszystkiego co się rusza i nie rusza i nie usiedzi zbyt długo w jednym miejscu, to spodziewać należy się tego, że półtorej godziny w Afrykarium to minimum.



Prócz standardowych punktów wycieczki poznacie też nierówności chodnika, wysokość krawężnika, czy budowę wszelkich ogrodzeń. 

 


Fakt! Może zdarzyć się chwila, że młody człowiek postanowi iść ze swym ojcem ramię w ramię z własnej woli. Nie przyzwyczajałabym się do takiego widoku jednak :) 



Tylko czy naprawdę idziemy do ZOO, żeby ładnie za rączkę od stacji wręcz do stacji oglądać kto tam jest za kratką czy szybką?


A może właśnie to, że taka wyprawa nie jest w 100% zaplanowana jest fajne?! 



Każdy musi zdecydować za siebie. 



Na własnym przykładzie mogę jednak stwierdzić, że czasem warto coś pozmieniać w myśleniu. Jak sobie odpuściliśmy (co nie jest takie proste i oczywiste wbrew pozorom) i postanowiliśmy cieszyć się tą wyprawą w pełni - czasem kosztem pominięcia jakiejś atrakcji po drodze, a czasem oglądania jakiegoś zwierzaka przez pół godziny - to każde z nas mogło zaliczyć ten dzień do udanych. 



Ta duma w oczach i pewny ton, który ma świadczyć o opowiadaniu oczywistych oczywistościach, że widziałam lwa i on ryczał o tak ..., a słoń się bawił, kotiki i pingwiny jadły, utwierdzają mnie w przekonaniu, że było warto przeprowadzić to właśnie tak. 



Miłego!


środa, 15 kwietnia 2015

Bałtyk na weekend

Na weekend gdzie? Nad morze? Opłaca się? Zawsze się opłaca! :)


Bardzo lubię jeździć nad Bałtyk. Szczególnie poza sezonem, choć ekspertem w tej dziedzinie nie jestem - jeszcze. Drugi rok z rzędu wybraliśmy się jednak tam w kwietniu. I zdecydowanie nie żałujemy. Drugi też raz do Kołobrzegu, ale w nieco inne miejsce. To była szybka decyzja.


Standardową wątpliwością związaną z wypadem nad 'nasze' morze jest oczywiście pogoda. Szczególnie wyjeżdżając z dziećmi. Jeśli już się zdecydujemy wyjechać, pakujemy się jakbyśmy wybierali się coś pomiędzy wyprawą do lasów deszczowych, na Syberię lub Biegun. Nie jest tak? 

Jeśli tak macie to koniecznie musicie się zabrać kolejnym razem z nami. Przyciągamy dobrą pogodę! :)

Ale fakt. Jeśli spodziewacie się 40 stopni w cieniu, to rzeczywiście może to nie być najszczęśliwszy kierunek. Ale serio? To jest wymarzona temperatura na urlop? Na urlop z dziećmi? A co jeśli będzie padać? 8/10 znanych mi dzieciaków w wieku 1.5-5 lat będzie wniebowziętych mogąc poskakać po kałużach. Byle im tylko na to pozwolić.
Dobrą pogodą nad morzem nazwałabym taką, gdy w dzień mimo wszystko jest czym oddychać i nie pocę się na samą myśl o wyjściu na plażę, a wieczór daje oddech niższą temperaturą i ewentualnie deszczem raz na parę nocy (tak liczę się z nimi i zgadzam się na nie). Jeśli mowa o lecie oczywiście.
Kwiecień rządzi się swoimi prawami. O czym każdy z nas wielokrotnie już się przekonał w tym roku. Jadąc więc tam w ubiegły weekend nie nastawialiśmy się specjalnie na nic szczególnego. Wybraliśmy Kołobrzeg z dwóch powodów: trasa jest dość przyzwoita, a przede wszystkim w razie niepogody jest gdzie pochodzić, czym się zająć.

Wracając jednak do sedna sprawy. Bałtyk na weekend  (w naszym wypadku na minimalnie przedłużony weekend - o piątek) i to w dodatku w kwietniu?

Minusy:
  • droga (w naszym przypadku Wrocław - Kołobrzeg) zajmuje ~ 6 godzin z małym postojem i jednocześnie ma zdecydowany wpływ na koszty całego weekendowego wypadu.

Plusy:
  • W kwietniu jest w czym wybierać jeśli mowa o noclegach. W hotelach i większych ośrodkach sezon zaczyna się zwykle od weekendu majowego, w mniejszych ośrodkach czy na prywatnych posesjach mniej więcej od połowy czerwca, więc jeśli chodzi o pierwszą część roku - wszystko, co jest wcześniej jest zwykle atrakcyjne cenowo.
  • jest zdecydowanie mniej ludzi niż w sezonie,
  • minimalna liczba straganów z przeuroczymi chińskimi zabawkami,
  • im bliżej północy tym dzień dłuższy :)
  • nigdzie indziej lody włoskie nie smakują jak tam,
  • i oczywiste oczywistości: te plaże, ten jod, te rybki, ten klimat. Ach!

To kiedy znów nad morze? Nasze morze? :)

niedziela, 29 marca 2015

Wycieczkowo: Wrocławskie ZOO - dlaczego warto

Zjeżdżalnie, huśtawki, ..., karuzele, małpie gaje! Tak! Powracamy do systemu wiosenno-letniego. Wszystko dzięki pierwszym promieniom słońca, które postanowiły nas troszkę porozpieszczać. Chyba każdy z nas nieco z tego daru skorzystał, prawda?


Zapowiadał się równie słoneczny weekend. Postanowiliśmy nie marnować tego i wybraliśmy się do ZOO. Była to nasza druga wizyta w towarzystwie Młodej. Pierwsza miała miejsce półtora roku temu. I tylko po zdjęciach latorośli widać jak ten czas leci i jak dużo się zmieniło. Sami zobaczcie:

Sierpień 2013 vs. Marzec 2015

Wrocławskie ZOO odwiedziliśmy początkiem marca licząc po cichu, że nie będzie tłumów - w końcu jeszcze przed sezonem. Och! Jakież to było naiwne rozumowanie. Zapewne w sezonie ludzi jest zdecydowanie więcej. Niemniej tego dnia to miejsce również cieszyło się popularnością. Nie był to jednak tłum przytłaczający, męczący. Można było swobodnie, swoim tempem i wybraną przez siebie trasą przechadzać się po ogrodzie.

W ZOO spędziliśmy 4 godziny i jak sami się domyślacie nie przeszliśmy nawet jego połowy. Resztę zostawiliśmy na kolejny raz.

Nie chcę tutaj wchodzić w polityczne dyskusje i komentarze, historii tego ogrodu, czy sensów ogrodów w ogóle. Kiedy przywołam jednak wspomnienia z moich wycieczek do ZOO z dalekiej już bądź co bądź przeszłości, czy nawet tę z ubiegłego roku, to podoba mi się to co teraz widzę. Podobają mi się zmiany.

Byłam go bardzo ciekawa. To głównie o nim słyszało się od co najmniej kilku miesięcy, gdy tylko padał temat wrocławskiego ZOO.
    • Najnowsza duża inwestycja.
    • 19 akwariów, baseny prezentujące ekosystemy związane z Afryką.
    • Unikatowy projekt.
Tak je reklamowano.

I wiecie co? Spędziliśmy tam póltorej godziny. I szczerze mówiąc, gdyby nie fakt, że rozsądek mówił, żeby jeszcze coś mimo wszystko zobaczyć tego dnia, to zostalibyśmy tam dłużej. Co można robić tyle czasu w takim miejscu zapytacie. Oj duuużo. Duuużo i ciekawie.


Zwierzęta, które najbardziej przykuły uwagę naszej Młodej (w kolejności od najważniejszego):
    • pingiwny,
Tak je podziwiała :)
    • kotiki afrykańskie,
    • żółwie morskie,
    • hipopotamy nilowe,
    • ryby (włączając w to rekiny i płaszczki).
Z tymi pierwszymi nawet wirtualnie pływała czy też latała, jak to ona twierdzi. O tak:

  • KARMIENIE
Nam się po prostu udało. Byliśmy w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. A tak naprawdę na ten łut szczęścia nie trzeba liczyć. Na stronie ZOO można znaleźć szczegółową informację dotyczącą pokazowych karmień.
Tam też parę słów o możliwości karmienia zwierząt na dziedzińcu i pawianów masajskich. Drodzy rodzice! Naprawdę można sobie darować pokazywanie dzieciakom złych zwyczajów dokarmiania zwierząt w ZOO tym, co ma się w torebce!

  • SŁONIE
Cieszę się, że dziecię me zupełnie inaczej będzie kojarzyć z dzieciństwa te zwierzęta. Słonie, które mi pozostały w pamięci, widocznie dotknięte były piętnem przeszłości, często cyrkowej. Ten fakt plus smutny wybieg, nie napawały radością.
Zupełnie inaczej będę wspominać ostatnią wyprawę. Sami zobaczcie.

  • INFRASTRUKTURA dodatkowa
Gdy już w samym ZOO zorientujecie się, że nie macie picia dla dziecka - bez obaw. Znajdziecie miejsce, gdzie można je kupić i macie dużą szansę, że nie będziecie musieli przejść w tym celu całego ZOO. Podobnie z możliwością podgrzania dziecku jedzenia. Sami też z głodu nie powinniście umrzeć :)
Toalety, przewijaki dla dzieci, wypożyczalnia wózków, czy mini park linowy tworzą miejsce, w którym naprawdę bez obaw można rodzinnie spędzić cały dzień i nie trzeba być przygotowanym jak na wyprawę do dżungli.

Gdy by ktoś miał ochotę wybrać się do ZOO i szukał towarzystwa - polecamy się! :)