Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzień na co dzień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzień na co dzień. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 marca 2017

Mądrość ma niesłychana

Wyszłam sobie wczoraj byłam. Tak sobie wzięłam i wyszłam. Zostałam zaproszona przez znajomą na spotkanie z innymi babeczkami, głównie mamuśkami, w ramach Projektu Figura. I poszłam. Zanim jednak to zrobiłam, ileż razy byłam bliska odwołania swojej obecności, to ciężko zliczyć. Niestety/stety jakoś zupełnie przypadkowo obietnica przyjścia mi się wymsknęła w ubiegłym tygodniu. A że me słowo droższe od pieniędzy, to tak zwany peszek. Trza było zdjąć dres i iść. I bardzo dobrze!!! Gdyby nie to, nie dowiedziałabym się bardzo ważnej rzeczy. 



JAKA JA MĄDRA JESTEM!

Normalnie klękajcie narody! Mózg staje wręcz od takiej mądrości! Sama siebie podziwiam i nadziwić się nie mogę. Czuję się wręcz zawstydzona, że aż tak mądrym można być. Olaboga! Szok i niedowierzanie!

ZDROWIE

Łooo rety! Czego to ja nie wiem!? Że z mózgiem, że regularnie, że nie żreć ino jeść. Ba! Jakich to ja słów nie znam!? Jarmuż, chia, awokado, soja, orzechy, oliwa, szpinak, ... Że pić i przede że spać! I nawet wiem, że moje 5 godzin dziennie to nędza, a nie sen. A co?! Mówiłam, żem mądra, to wiem! Ja nawet wiem, że poruszać się nieco, to też dobry pomysł. Ok! To każdy wie. Ale ja to wiem nawet jak poprawnie parę ćwiczeń wykonać, bo przecież mnie kiedyś mój Madziulec tyran nauczył :) Taka mądra ja jestem! Ha! I że systematyczność nie zaszkodzi, nawet mi się o uszy obiło. 

PIELĘGNACJA

I tu nawet nie jest ze mną tak źle! Bo ja przecież nawet już odkryłam, że ten krem, który kupiłam sobie jako nastolatka z zamiłowaniem go używałam jeszcze do dwóch lat temu, to zaraz me dziecię będzie mogło używać i to zdecydowanie lepiej Jej będzie służyć, niż służyło mnie. I że wartałoby dać coś więcej swojej skórze niż szybki prysznic, skończony czasem jeszcze zanim ciepła woda zaczyna lecieć, bo akurat w oczach berbecia zauważyło się iskierki oznaczające kłopoty, a gryzienie przez niego muszli klozetowej to nie jest widok, który matce pomaga się zrelaksować. Ba! Ja wiem nawet w jaki sposób się krem pod oczy nakłada, gdy się go ma. A co!


SŁOWA Z CZARNEJ LISTY

Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że z każdą tą mądrą rzeczą czy czynnością, dzięki której przynajmniej potencjalnie mogłabym sobie zdrowie lub chociaż urodę poprawić w parze idą trzy słowa, z którymi jakoś nie mogę się zaprzyjaźnić: regularność, systematyczność, poprawność. Serio? Kto na to wpadł? Nie można prościej?
Toż przecież życie byłoby łatwiejsze. 

Jest jednak jak jest. Póki co pozostaje mi wierzyć, że nawet zrobienie coś dla siebie raz na jakiś czas ma sens i nadejdzie taki dzień, że te okropne słowa na r, s i p będą u mnie gościły na co dzień. 

A super kobitkom z wczoraj serdeczne dzięki za wieczór! Dawno tak sympatycznie nie pogadałam i takich pyszności nie pojadłam! Pozytywnie było! :)


* Prawa do zdjęć należą do (w kolejności pojawiania się):

poniedziałek, 27 lutego 2017

Moje Top 3 ciasteczek dla małego i dużego łakomczucha

Pobiłam rekord! Swój własny rekord w produkcji ciasteczek. Brawo Ja! W całym ubiegłym roku nie upiekłam ich tyle, co w grudniu i styczniu! Miałam flow. Fakt. Okazji też nie brakowało. Jedną nawet dodałam sobie sama. Postanowiłam w tamtym czasie nie jeść słodyczy. Chyba, że... sama je upiekę :))) Tylko ja mogłam wpaść na tak irracjonalny pomysł! W życiu się tak nie napiekłam :)

Przyznać jednak muszę, że mało było mojego kombinowania. Postawiłam na pewniaki, bo i okazje tego wymagały. Tak oto powstała moja lista Top 3 ciasteczek sprawdzonych, lubianych, smakujących, nieźle się prezentujących i zawsze wychodzących. 
Zaczynamy od najniższego stopnia podium: 

3. KOCIE OCZKA

Moje najnowsze odkrycie. Kruche ciasteczka z dziurką marmoladkową z przepisu Ani Starmach (wersji książkowej). To, co w nich lubię, to prostota przepisu. Ciasto to: mąka, masło, odrobina cukru pudru. Częścią niestandardową są dodane do niego starte marchewki, które dają kolor, ale i ciekawy smak. Co do dżemu, to nie upierałabym się co do jednego konkretnego rodzaju. Próbowałam różnych i póki co narzekać na żaden nie mogę. Ciasteczka smaczne, niedrogie w wykonaniu oraz ładnie prezentujące się. Czyż nie?


2. TRÓJFAZOWE

Ciasteczka maślane przekładane dżemem bądź powidłami zanurzone częściowo w czekoladzie. Kocham! Choć było to moje pierwsze przekleństwo ciasteczkowe. Coświąteczne oczekiwanie, że razem ze mną pojawią się one. Przepyszne, ale bardzo pracochłonne i to z tego powodu nie jest to miejsce pierwsze. Jak to  z nimi jest pisałam tutajWedług mnie warte czasu im poświęconemu.


1. OWSIACZKI

Lider od lat. Ulubione mojego dziecka. Ciasteczka, które przez pewien czas traktowałam jako swoją klątwę. Przy przeróżnego rodzaju okazjach, to właśnie na nie dostawałam 'zamówienia'. Po pewnym czasie było mi nawet wstyd je przynosić, bo zaczynało to wyglądać, jakbym nic innego już upiec nie potrafiła. Pogodziłam się jednak z losem. Sama je bardzo lubię. Do tego są szybkie do wykonania (jak na ciasteczka) i długo mogą poleżeć bez uszczerbku walorów smakowych. Idealnie sprawdzają się w sytuacjach 'na wczoraj'. Lubią je również dzieciaki. Pewnie dlatego, że to takie typowe (acz zdrowe) jedzenie 'śmieciowe'. Wrzucasz co masz pod ręką. O przepisie na nie wspominałam tutaj. Przyznam  jednak, że ostatnio idę na łatwiznę ograniczając się ze składnikami do bazy owsiano-słonecznikowej. Nie stają się jednak przez to mniej uzależniające. 



A jakie są Wasze ulubione?




wtorek, 21 lutego 2017

Czasoogarniacz podejście wtóre

Przyszło mi spojrzeć prawdzie w oczy. Próbowałam. Nie udało się. Po kilku latach przyszedł czas się przeprosić.

NIEZAPISANE NIE ISTNIEJE

Podczas studiów, jak i poniekąd połączonego z nim mego okresu radiowego, nie potrafiłam bez niego żyć. Był i czas, kiedy miałam co najmniej dwa. Jeden w pełni poświęcony rzeczom uczelnianym, drugi pozostałym notatkom. A że kiepski jednak mój łebek jest do dat, to wszelkie urodziny i inne wydarzenia były tam skrzętnie notowane. Pewnie, gdybym te przyzwyczajenia utrzymała nie miałabym każdego lutego problemu z błędnym wstrzeleniem się z życzeniami dla jedynej znanej mi Katarzyny, która postanowiła nie obchodzić swojego święta w listopadzie. Taaa :)

Nie wiem jak u Was, ale ja mam tak, że jak sobie czegoś nie zapiszę to to nie istnieje. Oczywiście w życiorysie mym zapewne jakieś chlubne przypadki zapamiętania można znaleźć, ale nawet teraz żaden nie przychodzi mi do głowy. Nie może więc ich być zbyt wiele. 

To nie stąd to nieogarnianie. Uprzedzając Wasze myśli :) To znaczy zapewne i jakiś procent tak, ale nie taki jaki z przyjemnością na to zwalić bym chciała.

Toż co roku robię przecież co najmniej 5 kalendarzy! No dobra. Tak, robię. Tak, jak już pisałam tutaj, sprawia mi to frajdę. Zawsze jednak tworzenie ich to walka o ogień i na jeden dla mnie nie wystarcza po prostu czasu. 


Przez ostatnie lata próbowałam przeżyć bez kalendarza. Przecież mamy smartfony, facebooki czy inne google. Tak właśnie. Część notatek była tutaj, inna gdzieś indziej. Skutkowało to tym, że jak Mr Mąż wybywał w krótkim czasie w różne miejsca, to można było mnie przypalać, a nie powiedziałabym gdzie akurat jest. Słabo, ale tak właśnie było. Teraz, gdy częstotliwość jego wyjazdów daleka jest od zbliżania się do zmniejszenia, drugi berbeć pojawił się na horyzoncie i okazało się, że też ma spotkania, na które beze mnie nie dotrze, a pierwszemu niezbędne coś trzeba przygotować do przedszkola ze względu na Dzień Kota, Tygrysa, czy innego Tofika, czas przyszło się z kalendarzem przeprosić. 

NOWI PRZYJACIELE DOMU

Tak oto pojawił się najpierw On :) Tadaaam!


Tak, nie jest dłuży, bo ten ma za zadanie być ze mną wszędzie i zmieścić się do najmniejszej mej torebki. Został też nabyty drogą kupna niedawno. A wiecie jakie są plusy kupowania kalendarzy nie w grudniu czy na początku stycznia? Finansowe! Co najmniej 30% zostaje w kieszeni, a tak naprawdę może zostać wydane na inny cel :)

To, do czego zbierałam się od co najmniej roku, to kalendarz na lodówkę. Me plany szły nawet dalej. Jakimś cudem zagnieździło mi się w głowie, że sama go stworzę. Co ja wtedy brałam? Nie wiem. Teraz jak o tym pomyślę, to mam wrażenie, że jakąś przeterminowaną herbatkę musiałam wypić, żeby na to wpaść. Nie to, że w siebie nie wierzę, ale by nie zagłębiać się zbyt dalece w temat i dalej się nie kompromitować uznajmy, że ludzie są różni i różne talenty posiadają. Kwestię słomianego zapału nie poruszajmy. 

Niemniej w tym roku znalazłam wybawcę. Klaudia z lecibocian.pl była tak miła i w tym roku stworzyła kalendarze do druku. Prosta grafika, idealny format, miejsce na codzienne notatki. Ja więcej nie potrzebuję. W sam raz na ścianę lub lodówkę. U mnie zabazgrany już i pokolorowany prezentuje się tak: 


Tak oto pozbawiłam się wymówek. Ups. Wiem za to, że coś się dzieje. Dużo się dzieje. 

A Wam? Co pomaga ogarniać?

środa, 8 lutego 2017

Gdy kryjówek brak

Znów go słychać. Pojawia się nagle. Znikąd. Niepostrzeżenie. Nie umiem zareagować inaczej. Każdorazowa jego obecność sprawia, iż tym usilniej próbuję znaleźć jakąś kryjówkę. Nic nie jest jednak wystarczająco blisko i akceptowalnie dobre. Buduję pancerz. Próbuję. Pot spływający po plecach mrozi. Zdrętwiałe ręce nie pracują tak jak powinny. Po raz kolejny nie udaje się przed nim uciec. Ostatkiem naiwności i sił chowam się we własnej skorupie. Głębiej i głębiej, łudząc się, że mnie nie znajdzie. Znajdzie. Zawsze znajduje. Zawsze paraliżuje. Lęk. Lęk taki, którego nie sposób pomylić z niczym innym. 

Mój organizm tak reaguje, choć reakcja to czynność, a ja najchętniej zamknęłabym bym się gdzieś, gdzie nikt, a przede wszystkim on, mnie nie znajdzie. By nie musieć reagować. By nie czuć tego ciężaru. 

Autor: K. Dmochowska

Tak to wygląda za każdym, gdy u latorośli którejkolwiek pojawia się kaszel, gorączka, ból brzucha czy jakakolwiek inna dolegliwość zdrowotna. Ułamek sekundy po tym, gdy przestaję się łudzić, że to nie kaszel tylko przykrztuszenie śliną, że to nie gorączka, tylko błąd pomiaru, a ból brzucha to zbyt ciasne spodnie, mam ochotę się ukryć i udawać, że to się nie dzieje. To jest silniejsze ode mnie. Że przy drugim jest łatwiej? Mit. Inaczej? Fakt. 

Kiedy mija? Mam wrażenie, że już nie mija. Można go stłumić, a nawet trzeba, by móc zareagować. TEN lęk raz pojawiwszy się, nie zniknie już nigdy.


środa, 21 grudnia 2016

Prezentowy zawrót głowy

Lubię robić prezenty. Ot, tak mam! Nie chodzi tu o żadną górnolotną filozofię o przewadze dawania nad braniem czy cuś. Po prostu lubię. Szukanie pomysłów sprawia mi ogromną frajdę. Oczywiście najłatwiej kiedy doskonale znam osobę, dla której wybieram, ale nie jest to konieczność nad koniecznościami.

Z prezentami jest tak, że czasem ktoś mówi wprost, co chciałby dostać. Idealnie (dla mnie), kiedy mimo konkretnego życzenie pozostaje jeszcze bufor. W sensie wiem, że ma być bodziak, ale jaki to już moja inwencja twórcza. I chyba właśnie jej niektórzy się obawiają :) Na swoją obronę jednak wziąć muszę, że nie sprawiam prezentów, które mogłyby zawstydzić obdarowaną osobę przy rodzinie lub sprawić dyskomfort. 

W tym roku wyjątkowo jestem z prezentów zadowolona. Tuż przed Świętami to mnie właśnie lekko stresuje. Mówią, że jak aktorzy dobrze się bawią kręcąc film, to on sam jest do bani. Jak komicy za bardzo śmieją się ze swoich dowcipów, to publika zdecydowanie mniej. Jak...

Jak wyszło przekonam się za parę dni. Dzisiaj o kilku pomysłach na prezent chciałabym Wam napisać właśnie. 

KALENDARZE

Swoje przygotowania rozpoczynam już pod koniec listopada wysyłając rodzince informacje, by podesłali mi zdjęcia z mijającego roku. Takie dla nich wyjątkowe. Kilka lat temu bowiem wkopałam się w pewną rzecz. A mianowicie robienie kalendarzy. Zrobiłam raz i teraz nikt na nic innego nie czeka tylko na kalendarz właśnie. Nazwałam to wkopaniem, bo gdyby pewnego dnia padł mi na śmierć komp albo poczta tfu Mikołaj vel Aniołki vel Dzieciątko vel Dziadek Mróz vel.. był zgubił przesyłkę, to właśnie to mogłoby być największym koszmarem świątecznym. Dla mnie z kolei robienie tych kalendarzy to już coroczna tradycja. Zwykle robię ich pięć (dla wszystkich babć i dziadków z każdej strony), a że staram się by zdjęcia były pokazane chronologicznie (czytaj: zdjęcia ze stycznia 2016 pokazane są na karcie stycznia 2017), to zajmuje to trochę czasu. A że to już starożytni mawiali, że sen jest przereklamowany to niniejszym obwieszczam: kalendarze zrobione i w tym roku. Powiem więcej! Już dotarły! Część z nich leży spakowana pod choinką nawet. 

Lubię robić te kalendarze, choć przyznam, że co roku namarudzić się przy nich muszę :) Jest to też te parę dni w roku, które spędzam na przeglądaniu zdjęć znajdujących się w zakamarkach naszych dysków i chmur. Sami przyznajcie. Robicie setki zdjęć. Kiedy jakieś wywołaliście? Kiedy do nich zaglądnęliście? Spokojnie, też tak mam. Choć obecnie przeszukiwania zdjęć do kalendarzy zmotywowały mnie do zrobienia fotoksiążek. O tym jednak innym razem.

A wiecie co najbardziej lubię przy tworzeniu kalendarzy? Niby każdy wie, że to zawiniątko pod choinką to właśnie to. Niby wysyłali zdjęcia, więc wiedzą czego można się spodziewać. Teoretycznie. Praktycznie co jest w środku wiem tylko ja. Cieszy mnie jednak, że co roku jest sporo śmiechu przy ich oglądaniu. 



DLA DOROSŁEGO

Zdecydowanie bardziej lubię ostatnio kupować prezenty dzieciom. Są bardziej czytelne. Z nami starymi z roku na rok wydaje mi się jest coraz gorzej. Kolejna książka? A co jeśli już ją ma? Perfumy? Ale te same co rok i dwa lata wcześniej? Wiem, że potrzebuje nowej patelni, ale jako kobieta kobiecie patelni pod choinkę jednak nie kupię. Itp. Itd. 

Największą zagwozdkę miałam z mym szanownym małżonkiem of course. W tym roku nieoczekiwanie z pomocą przyszedł mi Blog Ojciec. Był on tak miły i pewnego dnia wypisał pomysły na prezenty dla mężczyzn. Jeden z portali, który został tam przy okazji zaprezentowany rozwiązał mój problem związany zarówno z prezentem świątecznym, jak i zaległym urodzinowym. 


I tak! Nie boję się o tym tutaj pisać. Powiem więcej! Nawet pokażę, jak prezent wygląda! Ha! Tadaaam!


Bo jak sami widzicie, najważniejsze jest w środku :) Jak już otworzy, to przyznam się, co to było :) Teraz, gdy ciekawość go zżerać zacznie, pozostanie mu przeglądanie stronki sklepu i głowienie się, co ta żona wariatka wybrać zdecydowała się. Nie oszukujmy się. Sama próba zastanawiania się nad tym to oczywista strata czasu. Miałam wenę! Wybaczcie! Co dokładnie znajduje się w tym magicznym pudełku wydać mogę dopiero po Świętach. Wszystkich tych, którzy podobnie jak ja lubią takie nieoczywiste prezenty zachęcam do zerknięcia na stronkę. Nie jest jest za późno, by coś ciekawego wybrać jeszcze przed Świętami. 

DLA MŁODSZEGO

Nie kupuję gier komputerowych, na X-Boxa, czy telefon. Mam wewnętrzny opór przed tego typu prezentami. Będę wyrodną ciotką, ale na taki prezent dzieciaki ode mnie liczyć nie mogą. Tym samym jednak wykluczam sporo potencjalnych możliwości. Dawanie gotówki jako prezent świąteczny, to też coś, wobec czego mam wewnętrzny opór. 

Wiadomo jednak jak obecnie trudno jest wybrać dziecku coś, co nie świecąc i nie robiąc dużo hałasu je zainteresuje to raz, a dwa nie kupimy czegoś, co już ma. 

Moje tegoroczne pomysły? Proszę bardzo:

  •  Było sobie życie - atak wirusów. 

Gra oparta na kultowej bajce Alberta Barille i skierowana dla całej rodziny. Świetnie się będzie bawił już starszy przedszkolak czy młody uczeń. 
  •  Zestaw gadżetów do scrapbookingu. 
Kolorowe karteczki, naklejki, piórka, finezyjne dziurkacze, pieczątki i dużo dużo więcej. Znacie jakąś młodą dziewczynkę, którą taki prezent by nie ucieszył? No ok! Może nie każdego rodzica taki podarunek uszczęśliwi, ale wyjątkowo tym razem skonsultowałam plan zakupu z opiekunem. Żeby nie było! :)
  •  Przytulaki ze zgranej paki.
Podejrzewam, że właśnie przy tym punkcie zdania będą najbardziej podzielone. W zupełności się z tym zgadzam. Z maskotkami różnie bywa. Są takie, bez których dziecko nie potrafi zasnąć. Bywają też takie, które od początku pobytu w naszym domu zbierają jedynie kurz. 

W okresie świątecznym jeśli kupuję je w prezencie to tylko te konkretne. Przyznam. Zawsze czekam i wypatruję, jak właśnie w tym roku będą wyglądać. 

Kupuję, gdyż:
  • one, te konkretne, pomagają, 
  • są śliczne, 
  • kolekcjonuję je sama, 
  • często mi do obdarowywanego po prostu pasują, 
  • gdy nie mam pomysłu, wolę kupić coś, co też ma drugie zadanie do spełnienia. W tym wypadku wspiera fundację. 

Moja prywatna kolekcja wygląda tak: 


My zaczęliśmy w 2009 roku. Jeśli chcesz zacząć w tym, znajdziesz go TUTAJ


A Wy jak stoicie z prezentami? Podzielcie się swoimi pomysłami. 

czwartek, 15 grudnia 2016

Pogodzona i gotowa na zmiany

Aj! I zaś zeszło! Chciałabym wytłumaczyć to jakoś z sensem, ale ciężko. Wydawałoby się, że sprawa jest banalnie oczywista, ale by być w zgodzie sama ze sobą, nie mogę tak przyznać.

Tak! Dodatkowa para rąk, która w domu pojawiła się pół roku temu, pisania bloga nie ułatwia. Nie jest jednak tak, że młodsza młodzież absorbuje mą uwagę aż tak, że nie jestem w stanie pisać. Co to to nie! Tym bardziej, że codziennie wraz ze swą siostrą tematów mi dodają. 

I tu jest pies pogrzebany właśnie!

Pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że gdy tylko siadam do komputera, by tutaj parę słów zostawić, to mam w głowie tematy mniej lub bardziej "dzieciowe". Powiem więcej! Po jednym z wpisów, ktoś nawet nazwał moje pisanie parentingowym. Nie to, że mam coś do blogów parentingowych. To nie tak. Zrozumcie mnie proszę dobrze. Kilka nawet regularnie czytam. Nigdy jednak nie pomyślałam, że mogłabym takie pisać. Za wysokie progi na me nogi drodzy Państwo. Me rodzicielstwo to istny plac boju. Ciągłe próby pojęcia co by tu zrobić, żeby było dobrze. Podejście do tego z przymrużeniem oka ratuje mi życie i psychikę przede wszystkim. I mimo że ostatnio powoli urastam do rangi Starszego Specjalisty ds. Walki z Zapaleniem Krtani (brawa dla mych latorośli, które na mnie zagłębienie się w temat wymusiły), to jednak zupełnie na siłach się nie czuję, by temat tutaj omawiać. Jakby dodać do tego moją miłość do placów zabaw, czy dyskusji pro i anty cokolwiek dzieciowego, to więcej chyba nie trzeba by mieć pewność, że ta droga nie dla mnie. Porównanie jednak traktuję jako komplement i serdecznie za nie dziękuję! "Na prawdziwo", jakby powiedziało me dziecię, próbować jednak nie będę. 

Zajęło mi to trochę (jak widać patrząc na datę ostatniego wpisu). Niemniej pogodziłam się sama ze sobą, że nie ucieknę. Z wiadomych względów tematyka "dzieciowa" może pojawić się w najbliższym czasie nieco częściej i to nie ze względu na wyprawy wszelakie, jak to onegdaj bywało. Ostrzegam. Postaram się jednak nie zanudzić :)

Szczególnie, że dziać się działo, dzieje i dziać będzie. Pierwsze zmiany na blogu zauważyliście? Co myślicie? To dopiero początek! 


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Musowe szaleństwo

Odkryłam to całkiem przypadkowo. Gdzieś, kiedyś przeleciał mi przed oczami telewizyjny obrazek o tym ustrojstwie. Zaintrygowało. Wygooglałam. Znalazłam. Pokombinowałam* i mam. Fakt! Zakupiłam kompletnie nie wtedy, kiedy najbardziej się przydaje, więc niemal rok przeleżał na półce. Niemniej jest. Teraz Młoda sobie nie wyobraża życia bez niego. Tak. Młoda. To ona, przy niewielkiej pomocy korzysta głównie z tego dobrodziejstwa. Pośrednio i bezpośrednio. 

Zwie się to z angielska Fill'n Squeeze, a w wolnym tłumaczeniu to gadżet, dzięki któremu stworzyć można mus łudząco podobny do tych, które znajdziesz w sklepie. 

Kojarzycie je? Musy (zwykle owocowe) w saszetkach? Ci, co mają dzieci zapewne tak ;)



Fot. Ja. Młoda i musy :)

Ich wybór na polskim rynku jest coraz większy. Owocowe, warzywne, owocowo-warzywne, z dodatkiem jogurtu, ziarna, ... , z większą lub mniejszą ilością wody czy cukru rzecz jasna. Rozpiętość cenowa jest równie szeroka.

Producent Fill'n Squeeze na pewno Ameryki nie odkrył. Przyznać mu jednak muszę, że sprzęt może być pomocny przy wprowadzaniu nowych pokarmów maluchom, jak i świetną przekąską również dla starszaków, szczególnie jeśli chce się mieć kontrolę nad tym, co jest w środku. Super sprawdza się podczas wycieczek czy jako deser w plenerze. 


Standardowy zestaw zawiera: pojemnik o pojemności 500 ml do napełniania saszetek, nakrętkę na pojemnik, tłok, 5 szt. wielorazowych saszetek, instrukcję obsługi.



fot. Ja
To, czego ja najbardziej się bałam, to możliwości, a właściwie jej brak, utrzymania czystości samych saszetek. Jak podkreśliłam wyżej, są one wielorazowe, niemniej nadal są po prostu saszetkami. Oczami wyobraźni widziałam te namnażające się bakterie i pleśń. Bleee..
Zwracam jednak honor. Wystarczy zalać je wodą z płynem, wstrząsnąć i pozbyć się pozostałości przekąski. Przy kolejnym przepłukaniu wodą saszetki są gotowe do ponownego użycia. 

Samo przygotowanie jest już szybkie i banalnie proste. To jakich owoców, czy warzyw użyjemy zależy już tylko od nas. Ważne by były miękkie, by dały się zblendować lub po prostu zgnieść. Tak przygotowany przysmak można zjeść bezpośrednio po przygotowaniu, dać do lodówki, jeśli zamierzamy go użyć do 24 godzin, a nawet przechować w zamrażarce, jeśli przygotowujemy posiłek na zapas. Nie wiem jak Wam, ale mi w to graj :)


Szczególnie, jak już wspomniałam, Młoda sama do ich przygotowywania się rwie. Warto skorzystać. Tym bardziej póki sezon w pełni :)



Fot. Ja. Młoda w akcji

Smacznego musowego szaleństwa!



* Fill'n Squeeze dostępny jest już w Polsce. Wierzę, że to tylko kwestia czasu, kiedy pojawi się na półkach w sieciówkach, jak to jest w innych krajach. Ja swoje wypatrzyłam w Internecie właśnie w takim miejscu w UK. Poprosiłam dobrą duszę o pomoc, która dokonała za mnie zakupu i podesłała do Polski. Dwa zestawy plus paczka z Anglii kosztowała tyle, co zakup jednego zestawu z przesyłką w Polsce. Brexit Brexitem, ale jeśli znacie kogoś w tym dalekim świecie, to ten ktoś idąc do marketu po bułki może przy okazji taki kartonik do koszyka włożyć i jak będziecie grzeczni Wam podesłać. Zawsze to jakiś grosz na waciki w portfelu zostanie :)

czwartek, 21 lipca 2016

Czy leci z nami pilot?!


"Z drugim będzie łatwiej". Znacie to? Bo ja się na ten przykład pytam: gdzie jest instrukcja obsługi do Młodego?! Ewidentnie się gdzieś zapodziała była. 


Będąc w ciąży z Młodą czytałam. Nie żeby z jakąś wielką przesadą, ale coś jednak trafiło w moje ręce z tematyki niemowlęcej. Fakt - już w opisie przebiegu ciąży widziałam peeewne rozbieżności, ale nie poddawałam się. Jakież było jednak me zaskoczenie, gdy trafił mi się wcześniak. To znaczy zaskoczeniem nie był wcześniak, a fakt, że z tej ponoć wielkiej nabytej przeze mnie wiedzy wykorzystać w życiu mogłam jedynie niewielki procent. Reszty nie warto było sobie nawet przypominać, chyba że chęć bezsennej nocy brała górę. Wtedy to był wręcz świetny pomysł. Czytanie o z pozoru zwykłych, codziennych rzeczach, które dla wcześniaków mogły (nie musiały) oznaczać zagrożenie. Spodziewając się więc kolejnego wcześniaka darowałam sobie temat czytania. I cóż... Fakt. Jest i drugi wcześniak. Ino tak się kompletnie nie prezentujący ( nie, żebym narzekała, ale.. ). Ogólnie me drugie dziecię jest CAŁKOWICIE innej od pierwszego.


Ja wiele rozumiem. Różnimy się. Człowiek od człowieka, ludź od ludzia, dziecko od dziecka. Oczywista oczywistość. 
Wydawałoby się jednak, że dzieciaki tego samego ojca i tej samej matki będą nieco do siebie podobne. Nie mówię, że przez całe życie, ale chociaż tak...na samym jego początku. I chociaż tak odrobinkę. 


Taaa... Nie to, że oczekiwałam cudów. Raczej się łudziłam (i dalej to czynię), by nie oddał nam z nawiązką tego, co siostra miła była nam darować, jak kolki, niejedzenie, czy bolesne ząbkowanie. Ale, żeby starych tak od samego początku w konia robić?! Najpierw podstępem drogi kolega wymusił przedwczesne pojawienie się na świecie. Tłumaczę sobie to tym, że po prostu chciał jak siostra. Widocznie 35 tygodni to jest maks, co moi potomkowie są w stanie w mym ciele wytrzymać. Cóż. Bywa i tak. Ale, żeby na tym skończyły się podobieństwa? I to tak od samego początku. Szok na twarz raz, dwa, trzy i mamo, tato radźcie sobie. Kompletny brak punktów stycznych. Sen, kąpiel, spanie, jedzenie, ..., cokolwiek związanego z niemowlakiem, co wpada do głowy, przy Młodym jest inne!

Przy drugim łatwiej? Tak. Przewijanie idzie sprawniej. I to jakby na tym koniec. Choć może jeszcze jedna rzecz. Gdyby Młoda zachowywała się będąc w obecnym wieku Juniora tak jak on, to podejrzewam sprowadzałabym lekarza co 2 godziny maks, by sprawdził czy z mym dzieckiem wszystko w porządku. Dodam tylko, że gdy Młoda ma była jeszcze niemowlęciem jej pediatra powiedziała do mego Mr Męża, by zaczął szybko myśleć o drugim dziecku, by żona się czymś zajęła zanim do końca zwariuje ;] A ja po prostu do końca wierzyłam, że dzieci zachowują się tak, jak w tych książkach pisano. W końcu ktoś kiedyś na jakiejś podsawie je napisał. 







poniedziałek, 11 lipca 2016

Mamuśka razy dwa

Aaaa to się napawdę dzieje!!! U mnie w domu śpi właśnie dwoje dzieci. Dwoje moich własnych prywatnych dzieci. Na tyle prywatnych oczywiście na ile Mr Mąż vel. ich ojciec na to pozwala. Niemniej jednak. 

Przeczekałam czas minusowego wieku skorygowanego mego dziecięcia najmłodszego, bo jakoś dziwnie mi mówić było "właśnie skończył minus dwa tygodnie", ale czas spojrzeć prawdzie w oczy. Jestem matką parki. Aaaaaa


Parka ma. Lipiec 2016. Fot. Ja. 

Dzisiejszym wpisem chciałabym odpowiedzieć wszystkim tym, którzy osobiście, smsowo, mmsowo, fejsbukowo czy każdą inną drogą zadawali mi pytanie: "I jak jest z dwójką?", a żadnej informacji zwrotnej się póki co nie doczekali. Poślizg jak widać mam nie tylko na blogu. 

Jak jest?

- jakby się było cały czas pod wpływem, choć to brzmi za bardzo jak baby blues, którego jednak wydaje mi się, że nie mam, 

- na opak - wbrew pozorom to nie Młody, a Młoda wymaga teraz więcej: uwagi, czasu, obecności, więcej wszystkiego, 


- gwarniej - tak wiem, Młody jeszcze nie mówi, ale za to Młoda mówi więcej i głośniej. Młody zresztą też potrafi powiedzieć co myśli, że znalazła się chwila, kiedy nie je i jak tak może być ;)

- szybciej i intensywniej - jak pojawiła się Młoda zdałam sobie sprawę, jak dużo czasu kiedyś marnowałam. I gdy wydawało mi się, że teraz to już doba jest wypchana po ostatnie wielkości szpilki miejsce, to okazało się, że można, a nawet trzeba coś jeszcze wrzucić. Powiecie, że tak, ale kosztem czegoś. Oczywiście, że też, ale bym tego nie faworyzowała. Jedyne, czego mi jednak troszeeeczkę brakuje, to nieco więcej.. snu. I to też nie dlatego, że Młody nie daje, ale bardziej przez fakt, że śpioch ze mnie wychodzi. :)

A teraz przeprosić muszę. Prezes wzywa :)



piątek, 12 lutego 2016

Serduszkowe amorki walentynkowe

Wpadło mi dzisiaj w oczy i się popłakałam byłam...

https://www.facebook.com/rysunkiannyl/
I w sumie nie wiem co najbardziej. 

To raczej nie tylko ze względu na wiek tak mam. Nigdy nie ukrywałam, że nie lubię tego 'święta'. Może zakorzenione to zostało już w szkole. Dookoła dziewczyny dostawały dziesiątki karteczek w formie serduszka, pogniecione skrawki wyrwane z zeszytu z wyznaniem 'miłości' czy też innymi tekstami adekwatnymi do wieku. Ja może tych tak zwanych walentynek dostałam w życiu.. ze trzy. Może to jest powód. 

Potem zarzucano mi, że za nimi nie przepadam, bo nie mam ich z kim dzielić. Na pewno jest w tym ziarnko prawdy. Umówmy się. Dla kogoś 'bez swojej Walentynki' ten dzień to nieco science fiction. 
Telewizji nie pooglądasz, bo same romansidła. Do kina nie pójdziesz, bo zakochane pary. Szkoła tańca też pewnie odpada, bo akurat specjalne lekcje 'tanga dla zakochanych' czy innej bachaty. Nawet zakupy to średniawka, bo wszystko oblepione czerwonymi gadżetami w kształcie serduszek czy innych amorków prosto z Chin i ciężko coś znaleźć. Restauracja?! Żart. No chyba, że zarezerwowałaś stolik pół roku wcześniej. Na mieście natomiast pary patrzące na siebie maślanym wzrokiem. Nie zrozumcie mnie źle, ale... czy nie można na siebie tak patrzeć dziś? Czy jutro? Czy za tydzień? I dlaczego mamy czuć się zobowiązani to robienia tego właśnie w Walentynki?

Tak obecnie mam z kim dzielić to 'święto'. Czy będę je jakoś specjalnie obchodzić? Nie. 
Tzn. mam nadzieję, że po tygodniu podróży służbowej Mr Męża i walce z chyrlającą Młodą, starań by międzyczasie jednak popracować i nie zwariować, będę mogła po prostu odpocząć. Ale to akurat nie ma związku z Walentynkami. I jasne, że usiadłabym z chęcią w ciszy i spokoju z lampką wina w dłoni...
Ale fakt jest taki, że na czerwone wino mam ochotę o każdej porze dnia i nocy, niezależnie od daty w kalendarzu, ale cóż w tym roku i tak to sobie już nie popiję..

I nie chcę żadnych kwiatów w tym dniu. Mr Mężu, jeśli czytasz, jeśli Ci taki pomysł wpadł do głowy, podejdź do kwiaciarni, zerknij ile kosztuje bukiet, który chciałbyś kupić i kup go jeśli masz taką ochotę, ale dzień, tydzień czy miesiąc później, a zostanie Ci jeszcze na drugi, jakbyś kiedyś postanowił jeszcze wręczyć, a jak nie to na wino na pewno :)

I mam nadzieję, że tym postem nikogo nie uraziłam. To był chyba najszybciej napisany przeze mnie wpis. Nie mówię też, że Walentynki to zło. One są po prostu nie dla mnie :)

Dobranoc! :) 

środa, 3 lutego 2016

Ciasteczka trzyfazowe

Z serii rozmów natchnionych:
 - Jutro Tłusty Czwartek, tak?
 - Tak. Trzeba by skołować jakieś pączki.... A w sumie to bym coś upiekła. Dawno nie piekłam... I...






No nie tak dawno jak się okazuje. I obiecałam przepis. A miały być tematy poważne, w tym podsumowanie blogowego roku... Tłusty Czwartek to chyba jednak wystarczająca wymówka, prawda?


Ciasteczka, o których mowa, bardzo lubię. Niemniej na ich wykonanie potrzeba czasu. Od mniej więcej trzech lat wypada, że robię je raz na rok ;) Tym razem jednak okazja ważna. Dzień Babci i Dziadka w przedszkolu. Zgłoszenie, że się coś upichci poszło i nie było zmiłuj. Najchętniej zrobiłabym ciasteczka owsiane, bo już sprawdzone. Przedszkolaki również je już polubiły. Odezwało się jednak moje drugie ja mówiące: jeszcze pomyślą, że tylko je piec potrafisz :) 

I co z tego, że już po dwudziestej drugiej....

Składniki: 
  • 300 g masła,
  • 400 g mąki
  • 100 g cukru pudru (w zależności od gustu, czy też użytego dżemu można więcej lub mniej, co zwykle robię),
  • 0.5 - 1 opakowanie cukru waniliowego (w zależności od 'prawdziwości' cukru waniliowego :) ), 
  • 2 jajka
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • dżem,
  • 100 g czekolady.
Wykonanie:

Masło, cukier puder i cukier waniliowy ubijamy na jednolitą masę. Nie przerywając miksowania dodajemy po jednym jajku, a następnie szczyptę soli i skórkę z cytryny. Masę uzupełniamy dodając porcjami mąkę z proszkiem do pieczenia. Po kilku minutach powinniśmy uzyskać gładkie maślane ciasto. 

Kolejny krok - nakładanie ciasteczek na blachę - możemy wykonać na kilka sposobów:
  • łyżką - jeszcze nigdy mi się nie udało zrobić tego przyzwoicie tym sposobem, ale ponoć można,
  • przez szprycę lub rękaw cukierniczy - jeśli ktoś ma taki sprzęt, to serdecznie polecam - szczególnie przy posiadaniu również bajeranckich końcówek, dzięki którym nasze ciasteczka będą miały oryginalny kształt. Osobiście bawiłam się jedynie rękawem cukierniczym, ale że był on materiałowy a ciasto jest dość tłuste zabawy nie nazwałabym przednią,
  • ręcznie - tak też działam od pewnego czasu. Podobnie jak przy ciasteczkach owsianych formuje kuleczki wielkości nieco mniejszej niż orzech włoski, nieco je spłaszczam na blasze i w razie potrzeby formuje tak by były owalne. 
Co do samej blachy natomiast. Zwykle przygotowuję od razu dwie, by gdy jedne się upieką włożyć od razu drugie. Pechowo mam dwie różne - jedną czarną, drugą klasyczną srebrną. Długo próbowano mi wmówić, że to jedno i to samo. Przy tych ciasteczkach doskonale widać, że nie. Srebrne odbija, czarne pochłania. Klasyk. Skutek jest taki, że te na czarnej blasze szybciej się spieką. W praktyce przy tych ciasteczkach znaczy to tyle, że przy utworzeniu ciasteczek o tym samym kształcie i grubości, po upieczeniu te ze srebrnej blachy będą bardziej płaskie i nieco szersze, a te z czarnej mniejsze i grubsze, często również bardziej 'rumiane' od spodu. 

Ciasteczka pieczemy w piekarniku rozgrzanym do temperatury 180-200 stopni C przez 13-15 minut aż nabiorą rumianego koloru. 

Cały fun zaczyna się jednak kiedy mamy już wszystkie ciasteczka upieczone i ostudzone i widok, który prezentuje się nam wygląda mniej więcej tak:


I co teraz? Teraz należy je w miarę rozsądnie poparować, gdyż będziemy je łączyć dżemem. Najlepiej więc, by było, gdyby do siebie pasowały. Sugeruję również zrobić to zanim zaczniemy się bawić dżemem. Lepiej dla naszego zdrowia psychicznego, szczególnie, kiedy już wszystko jest w dżemie, tylko nie ciasteczka, gdyż nie możemy znaleźć godnej pary. :)
Powodzenia! 

Co do samego dżemu ja polecam jak najmniej słodki, a nawet więcej, kwaśny do tego byłby idealny. Ciasteczka, nawet jeśli dacie mniej cukru niż jest w przepisie, będą słodkie. Na końcu, pamiętajcie, maczamy je jeszcze w czekoladzie. Kwaskowaty dżem sprawdza się w tym gronie wyśmienicie. Dobrze również wycisnąć go przez sito lub chociaż zgnieść widelcem przed rozpoczęciem zabawy w sklejanie, by był jak najbardziej gładki. 


Gdy również to mamy za sobą, to znak, że mamy już z górki (o ile macie dobrą czekoladę) i pozostał nam etap trzeci. Czekoladę wysyłamy do spa - czyli kąpieli wodnej. Czekolada do garnuszka. Garnuszek do naczynia z gorącą wodą i czekamy aż się roztopi. 

Następnie każde, sklejone już ciasteczko zanurzamy jednym rogiem w gorącej czekoladzie i układamy na pergaminie, by czekolada wystygła i stwardniała. 





Udanej zabawy i smacznego! :)


PS. Za jakość zdjęć przepraszam, robiąc je nie planowałam ich publikacji. Wyczułam jednak presję :)

piątek, 23 października 2015

Zazdraszczam Ci Krakowie!

aaaa zazdraszczam Ci Krakowie!!! Zazdraszczam i już! Nic nie poradzę!

19. Międzynarodowe Targi Książki właśnie się rozpoczęły i potrwają do 25 października.

Jak sama nazwa na to wskazuje to kolejna edycja imprezy. Dla mnie, mówiąc dosadniej, ta inicjatywa to wizytówka Krakowa. Niestety, znana wciąż jedynie z opowiadań bądź też prasy. Nie inaczej będzie w tym roku. Nie dane mi jest tam pojechać. Choć jak tak dłużej się nad tym zastanowić, to może nawet i dobrze. Coś tak czuję podświadomie, że to kolejne miejsce po eventach rękodzielniczych (jak chociażby wspominanym tutaj już Ręki Dzieła Feście), gdzie tak naprawdę powinnam pojawiać się bez portfela, jeśli w ogóle :)
Może więc jednak to dobrze, że będę zdecydowanie dalej niż bliżej tych krakowskich hal. Tej wersji będę się trzymać w każdym razie, żeby zbyt smutno w weekend mi nie było :)


Prawda jest jednak taka, że kupuję książki namiętnie. gdy jestem sama to bez opamiętania. Nie tylko sobie - żeby nie było :) Męża próbowałam wciągnąć zamieniając kwiaty weselne prośbą o książki. I wiecie co? Warto było! Nie - nie było żadnej listy 'zalecanych'. Nie - nie było powtórzeń. Tak - była różnorodność. Wśród książek znalazły się takie, których sami pewnie byśmy sobie nie kupili, a po przeczytaniu stwierdzamy, że byłby to błąd. Pojawiły się poradniki, zielniki, książki z humorem, kryminały, te bardziej romantyczne, jak i książki dla dzieci, które teraz sprawdzamy gorliwie na Młodej. Bo ją też próbuję wkręcić w świat książki. Póki co chyba z sukcesami. Misia Marysia (dzięki Wydawnictwu Debit) jest z nami (podobnie jak Emil :) ) wszędzie! Sama się gubię czasem, które opowiastki już mamy, a których na półce jeszcze brak. Ona jednak pamięta doskonale. Niektóre nawet jest w stanie 'przeczytać' sama.



I wciąga nawet kolejne 'pokolenie' :)

Jeśli więc też chcecie się wciągnąć lub po prostu szukacie wymówki, by pojechać na weekend do Krakowa - szczerze zachęcam!
Jak zapewniają organizatorzy z myślą o zwiedzających rokrocznie przygotowywany jest barwny program towarzyszący. Podczas Targów zwiedzający mają możliwość spotkania z ponad 500 autorami z kraju i zagranicy. Na terenach targowych odbywają się panele dedykowane branży wydawniczo-księgarskiej. Podczas Targów są rozstrzygane najważniejsze polskie plebiscyty i konkursy literackie. Ponadto na Targach nigdy nie brakuje spotkań dedykowanych najmłodszym. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie mają formułę święta książki w całym Krakowie. Poza terenem imprezy odbywają się spotkania z autorami, happeningi literackie, spektakle teatralne, konferencje, koncerty, wystawy.



Jeśli podobnie jak ja nie możecie tam się pojawić, wielu wystawców przygotowało dla nas miłe niespodzianki. Posprawdzajcie strony sklepów internetowych swoich ulubionych wydawnictw lub księgarni. Wiele z nich ma dla swoich klientów ofertę promocyjną na czas trwania Targów.


Miłego więc!