Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchenne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchenne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 lutego 2017

Moje Top 3 ciasteczek dla małego i dużego łakomczucha

Pobiłam rekord! Swój własny rekord w produkcji ciasteczek. Brawo Ja! W całym ubiegłym roku nie upiekłam ich tyle, co w grudniu i styczniu! Miałam flow. Fakt. Okazji też nie brakowało. Jedną nawet dodałam sobie sama. Postanowiłam w tamtym czasie nie jeść słodyczy. Chyba, że... sama je upiekę :))) Tylko ja mogłam wpaść na tak irracjonalny pomysł! W życiu się tak nie napiekłam :)

Przyznać jednak muszę, że mało było mojego kombinowania. Postawiłam na pewniaki, bo i okazje tego wymagały. Tak oto powstała moja lista Top 3 ciasteczek sprawdzonych, lubianych, smakujących, nieźle się prezentujących i zawsze wychodzących. 
Zaczynamy od najniższego stopnia podium: 

3. KOCIE OCZKA

Moje najnowsze odkrycie. Kruche ciasteczka z dziurką marmoladkową z przepisu Ani Starmach (wersji książkowej). To, co w nich lubię, to prostota przepisu. Ciasto to: mąka, masło, odrobina cukru pudru. Częścią niestandardową są dodane do niego starte marchewki, które dają kolor, ale i ciekawy smak. Co do dżemu, to nie upierałabym się co do jednego konkretnego rodzaju. Próbowałam różnych i póki co narzekać na żaden nie mogę. Ciasteczka smaczne, niedrogie w wykonaniu oraz ładnie prezentujące się. Czyż nie?


2. TRÓJFAZOWE

Ciasteczka maślane przekładane dżemem bądź powidłami zanurzone częściowo w czekoladzie. Kocham! Choć było to moje pierwsze przekleństwo ciasteczkowe. Coświąteczne oczekiwanie, że razem ze mną pojawią się one. Przepyszne, ale bardzo pracochłonne i to z tego powodu nie jest to miejsce pierwsze. Jak to  z nimi jest pisałam tutajWedług mnie warte czasu im poświęconemu.


1. OWSIACZKI

Lider od lat. Ulubione mojego dziecka. Ciasteczka, które przez pewien czas traktowałam jako swoją klątwę. Przy przeróżnego rodzaju okazjach, to właśnie na nie dostawałam 'zamówienia'. Po pewnym czasie było mi nawet wstyd je przynosić, bo zaczynało to wyglądać, jakbym nic innego już upiec nie potrafiła. Pogodziłam się jednak z losem. Sama je bardzo lubię. Do tego są szybkie do wykonania (jak na ciasteczka) i długo mogą poleżeć bez uszczerbku walorów smakowych. Idealnie sprawdzają się w sytuacjach 'na wczoraj'. Lubią je również dzieciaki. Pewnie dlatego, że to takie typowe (acz zdrowe) jedzenie 'śmieciowe'. Wrzucasz co masz pod ręką. O przepisie na nie wspominałam tutaj. Przyznam  jednak, że ostatnio idę na łatwiznę ograniczając się ze składnikami do bazy owsiano-słonecznikowej. Nie stają się jednak przez to mniej uzależniające. 



A jakie są Wasze ulubione?




poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Musowe szaleństwo

Odkryłam to całkiem przypadkowo. Gdzieś, kiedyś przeleciał mi przed oczami telewizyjny obrazek o tym ustrojstwie. Zaintrygowało. Wygooglałam. Znalazłam. Pokombinowałam* i mam. Fakt! Zakupiłam kompletnie nie wtedy, kiedy najbardziej się przydaje, więc niemal rok przeleżał na półce. Niemniej jest. Teraz Młoda sobie nie wyobraża życia bez niego. Tak. Młoda. To ona, przy niewielkiej pomocy korzysta głównie z tego dobrodziejstwa. Pośrednio i bezpośrednio. 

Zwie się to z angielska Fill'n Squeeze, a w wolnym tłumaczeniu to gadżet, dzięki któremu stworzyć można mus łudząco podobny do tych, które znajdziesz w sklepie. 

Kojarzycie je? Musy (zwykle owocowe) w saszetkach? Ci, co mają dzieci zapewne tak ;)



Fot. Ja. Młoda i musy :)

Ich wybór na polskim rynku jest coraz większy. Owocowe, warzywne, owocowo-warzywne, z dodatkiem jogurtu, ziarna, ... , z większą lub mniejszą ilością wody czy cukru rzecz jasna. Rozpiętość cenowa jest równie szeroka.

Producent Fill'n Squeeze na pewno Ameryki nie odkrył. Przyznać mu jednak muszę, że sprzęt może być pomocny przy wprowadzaniu nowych pokarmów maluchom, jak i świetną przekąską również dla starszaków, szczególnie jeśli chce się mieć kontrolę nad tym, co jest w środku. Super sprawdza się podczas wycieczek czy jako deser w plenerze. 


Standardowy zestaw zawiera: pojemnik o pojemności 500 ml do napełniania saszetek, nakrętkę na pojemnik, tłok, 5 szt. wielorazowych saszetek, instrukcję obsługi.



fot. Ja
To, czego ja najbardziej się bałam, to możliwości, a właściwie jej brak, utrzymania czystości samych saszetek. Jak podkreśliłam wyżej, są one wielorazowe, niemniej nadal są po prostu saszetkami. Oczami wyobraźni widziałam te namnażające się bakterie i pleśń. Bleee..
Zwracam jednak honor. Wystarczy zalać je wodą z płynem, wstrząsnąć i pozbyć się pozostałości przekąski. Przy kolejnym przepłukaniu wodą saszetki są gotowe do ponownego użycia. 

Samo przygotowanie jest już szybkie i banalnie proste. To jakich owoców, czy warzyw użyjemy zależy już tylko od nas. Ważne by były miękkie, by dały się zblendować lub po prostu zgnieść. Tak przygotowany przysmak można zjeść bezpośrednio po przygotowaniu, dać do lodówki, jeśli zamierzamy go użyć do 24 godzin, a nawet przechować w zamrażarce, jeśli przygotowujemy posiłek na zapas. Nie wiem jak Wam, ale mi w to graj :)


Szczególnie, jak już wspomniałam, Młoda sama do ich przygotowywania się rwie. Warto skorzystać. Tym bardziej póki sezon w pełni :)



Fot. Ja. Młoda w akcji

Smacznego musowego szaleństwa!



* Fill'n Squeeze dostępny jest już w Polsce. Wierzę, że to tylko kwestia czasu, kiedy pojawi się na półkach w sieciówkach, jak to jest w innych krajach. Ja swoje wypatrzyłam w Internecie właśnie w takim miejscu w UK. Poprosiłam dobrą duszę o pomoc, która dokonała za mnie zakupu i podesłała do Polski. Dwa zestawy plus paczka z Anglii kosztowała tyle, co zakup jednego zestawu z przesyłką w Polsce. Brexit Brexitem, ale jeśli znacie kogoś w tym dalekim świecie, to ten ktoś idąc do marketu po bułki może przy okazji taki kartonik do koszyka włożyć i jak będziecie grzeczni Wam podesłać. Zawsze to jakiś grosz na waciki w portfelu zostanie :)

środa, 3 lutego 2016

Ciasteczka trzyfazowe

Z serii rozmów natchnionych:
 - Jutro Tłusty Czwartek, tak?
 - Tak. Trzeba by skołować jakieś pączki.... A w sumie to bym coś upiekła. Dawno nie piekłam... I...






No nie tak dawno jak się okazuje. I obiecałam przepis. A miały być tematy poważne, w tym podsumowanie blogowego roku... Tłusty Czwartek to chyba jednak wystarczająca wymówka, prawda?


Ciasteczka, o których mowa, bardzo lubię. Niemniej na ich wykonanie potrzeba czasu. Od mniej więcej trzech lat wypada, że robię je raz na rok ;) Tym razem jednak okazja ważna. Dzień Babci i Dziadka w przedszkolu. Zgłoszenie, że się coś upichci poszło i nie było zmiłuj. Najchętniej zrobiłabym ciasteczka owsiane, bo już sprawdzone. Przedszkolaki również je już polubiły. Odezwało się jednak moje drugie ja mówiące: jeszcze pomyślą, że tylko je piec potrafisz :) 

I co z tego, że już po dwudziestej drugiej....

Składniki: 
  • 300 g masła,
  • 400 g mąki
  • 100 g cukru pudru (w zależności od gustu, czy też użytego dżemu można więcej lub mniej, co zwykle robię),
  • 0.5 - 1 opakowanie cukru waniliowego (w zależności od 'prawdziwości' cukru waniliowego :) ), 
  • 2 jajka
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • dżem,
  • 100 g czekolady.
Wykonanie:

Masło, cukier puder i cukier waniliowy ubijamy na jednolitą masę. Nie przerywając miksowania dodajemy po jednym jajku, a następnie szczyptę soli i skórkę z cytryny. Masę uzupełniamy dodając porcjami mąkę z proszkiem do pieczenia. Po kilku minutach powinniśmy uzyskać gładkie maślane ciasto. 

Kolejny krok - nakładanie ciasteczek na blachę - możemy wykonać na kilka sposobów:
  • łyżką - jeszcze nigdy mi się nie udało zrobić tego przyzwoicie tym sposobem, ale ponoć można,
  • przez szprycę lub rękaw cukierniczy - jeśli ktoś ma taki sprzęt, to serdecznie polecam - szczególnie przy posiadaniu również bajeranckich końcówek, dzięki którym nasze ciasteczka będą miały oryginalny kształt. Osobiście bawiłam się jedynie rękawem cukierniczym, ale że był on materiałowy a ciasto jest dość tłuste zabawy nie nazwałabym przednią,
  • ręcznie - tak też działam od pewnego czasu. Podobnie jak przy ciasteczkach owsianych formuje kuleczki wielkości nieco mniejszej niż orzech włoski, nieco je spłaszczam na blasze i w razie potrzeby formuje tak by były owalne. 
Co do samej blachy natomiast. Zwykle przygotowuję od razu dwie, by gdy jedne się upieką włożyć od razu drugie. Pechowo mam dwie różne - jedną czarną, drugą klasyczną srebrną. Długo próbowano mi wmówić, że to jedno i to samo. Przy tych ciasteczkach doskonale widać, że nie. Srebrne odbija, czarne pochłania. Klasyk. Skutek jest taki, że te na czarnej blasze szybciej się spieką. W praktyce przy tych ciasteczkach znaczy to tyle, że przy utworzeniu ciasteczek o tym samym kształcie i grubości, po upieczeniu te ze srebrnej blachy będą bardziej płaskie i nieco szersze, a te z czarnej mniejsze i grubsze, często również bardziej 'rumiane' od spodu. 

Ciasteczka pieczemy w piekarniku rozgrzanym do temperatury 180-200 stopni C przez 13-15 minut aż nabiorą rumianego koloru. 

Cały fun zaczyna się jednak kiedy mamy już wszystkie ciasteczka upieczone i ostudzone i widok, który prezentuje się nam wygląda mniej więcej tak:


I co teraz? Teraz należy je w miarę rozsądnie poparować, gdyż będziemy je łączyć dżemem. Najlepiej więc, by było, gdyby do siebie pasowały. Sugeruję również zrobić to zanim zaczniemy się bawić dżemem. Lepiej dla naszego zdrowia psychicznego, szczególnie, kiedy już wszystko jest w dżemie, tylko nie ciasteczka, gdyż nie możemy znaleźć godnej pary. :)
Powodzenia! 

Co do samego dżemu ja polecam jak najmniej słodki, a nawet więcej, kwaśny do tego byłby idealny. Ciasteczka, nawet jeśli dacie mniej cukru niż jest w przepisie, będą słodkie. Na końcu, pamiętajcie, maczamy je jeszcze w czekoladzie. Kwaskowaty dżem sprawdza się w tym gronie wyśmienicie. Dobrze również wycisnąć go przez sito lub chociaż zgnieść widelcem przed rozpoczęciem zabawy w sklejanie, by był jak najbardziej gładki. 


Gdy również to mamy za sobą, to znak, że mamy już z górki (o ile macie dobrą czekoladę) i pozostał nam etap trzeci. Czekoladę wysyłamy do spa - czyli kąpieli wodnej. Czekolada do garnuszka. Garnuszek do naczynia z gorącą wodą i czekamy aż się roztopi. 

Następnie każde, sklejone już ciasteczko zanurzamy jednym rogiem w gorącej czekoladzie i układamy na pergaminie, by czekolada wystygła i stwardniała. 





Udanej zabawy i smacznego! :)


PS. Za jakość zdjęć przepraszam, robiąc je nie planowałam ich publikacji. Wyczułam jednak presję :)

czwartek, 5 marca 2015

Jesienna królowa

  • niskokaloryczna,
  • lekkostrawna,
  • zalecana już niemowlętom,
  • pomaga odzyskać siły po chorobie,
  • wspomaga walkę z cholesterolem, nadciśnieniem tętniczym, niewydolnością nerek, zaburzeniami przemiany materii, ...,
  • niezwykle rzadko powoduje alergie,
  • bogata w witaminy: C, A, B1, B2, PP,
  • zawiera sporo składników mineralnych, jak: potas, fosfor, wapń, żelazo, magnez,
  • posiada mnóstwo karotenu,
  • znana od starożytności,
  • w Polsce w ostatnich latach wróciła do łask.
DYNIA

Pomarańczowa królowa jesieni. To moja dzisiejsza bohaterka. A dokładniej jej miąższ.
Przyznać muszę, że nie doceniałam jej. Z dzieciństwa kojarzę dynię, ale głównie ze względu na pestki, którymi często się zajadaliśmy. Z samego pomarańczowego cudeńka dań już nie. A sami przyznajcie! Lista jej wartości odżywczych jest imponująca, a cena w sezonie przyzwoita, że grzech nie skorzystać. I mowa tylko (lub aż) o miąższu. Podobnej długości lista powinna zostać wypisana w kontekście pestek.

Z dynią "przeprosiliśmy się" może trzy lata temu. Podejrzewam, że nie wcześniej. Wtedy też powstał pierwszy krem z dyni. Od tamtej pory wielokrotnie witała na naszym stole - w różnych odsłonach. Niemniej - zawsze pysznych. Mobilizowała nas też do tego nasza Młoda, która ze smakiem jadła dyniowe zupki jako jedne z pierwszych swoich stałych posiłków.

Dlaczego piszę o dyni w marcu? :) Została mi bowiem taka jedna, biedna, osamotniona, z rozżewnieniem zerkająca przez okno w poszukiwaniu jesieni panna Hokkaido. To był już naprawdę czas na to, by dać jej drugie życie.


Jak już pisałam wcześniej (tutaj) zdarza mi się zaglądnąć do pomysłów z serii Pyszne25 Ani Starmach. Bardzo pasują mi ze względu na krótki czas potrzebny do wykonania tych potraw, jak i zwykle mało wyszukanych produktów, dostępnych praktycznie wszędzie. Tym razem było podobnie.

Składniki: mąka, cukier, puree z dyni, 2 jajka, nieco roztopionego masła, troszkę maślanki, rodzynki, orzechy włoskie, proszek do pieczenia, cukier waniliowy, cynamon. Z tego powstają przepyszne Minimuffinki z dynią:)

A jeśli do tego polejemy je polewą z białej czekolady.... NIEBO w gębie!

Szczegóły przepisu znajdziecie też tutaj. Okazuje się bowiem, że dynia była bohaterką jednego z programów z serii Ani.

Na szczególną uwagę zasługuje wg mnie polewa. Ona naprawdę dopełnia dzieła. Przyznam, że odkąd o niej przeczytałam dość często ją wykorzystują również przy innych wypiekach. Jest szybka i tania w realizacji, co nie ma się co oszukiwać, ma znaczenie. Ale przede wszystkim jest niestandardowa, inna, PYSZNA. To właśnie przez nią (lub dla niej) zawsze mam w zapasie dwie białe czekolady i cytrynę. Bo nigdy nie wiem kiedy może się przydać :)

Z chęcią bym się podzieliła z Wami zdjęciami gotowych babeczek, ale gdy zorientowałam się, że warto by takie zobić muffinek już właściwie nie było. Zostały ostatnie niedobitki. Za jakość zdjęcia przepraszam, ale przynajmniej jest dowód na to, że tako zostały popełnione :)



Jeśli też macie jakieś sprawdzone, godne polecenia przepisy na dania z dyni dajcie znać - z chęcią je wypróbuję! Szkoda nie skorzystać z tych bogactw natury, którymi ta pomarańczowa kula chce się z nami podzielić.


wtorek, 24 lutego 2015

A gdy w domu chlebem pachnie

Chleb. Przeczytałam tony artykułów o tym jak takowy stworzyć w domu. Każdy przepis inny. Każdy lepszy. Wyjątkowy. Zakwas karmiony latami, jak i ten świeży. Chleb na zakwasie, na zaczynie, pszenny, żytni, razowy, z użyciem Thermomixa, czy też specjalnego automatu do wypiekania chleba.. głowa z przypływu informacji (często sprzecznych ze sobą) wręcz pęka.
I tak chyba bym nigdy tego chleba w końcu nie upiekła, gdybym takiego tajemniczego słoiczka kiedyś nie dostała.


Nie byłam szkolona przez piekarza. Może i robię błędy w sztuce przy tworzeniu swojego chleba. Wiem jedno - nikt u mnie w domu nie wyobraża sobie już żadnego innego.

W słoiku powyżej widzicie zaczyn, czy inaczej ciasto zakwaszone. Taki prezent dostałam pod koniec ubiegłego roku od Gosi razem z przepisem, za co jej bardzo dziękuję!!! Teraz to trudno mi zliczyć, która to już zawartość słoika (bo to jest wersja bez dokarmiania - zużywamy cały, odkładamy nowy na następny raz).

Jaki robię chleb?

Różny. Za każdym razem inny. Nie używam żadnych automatów i specjalnych sprzętów. Moją ręka + foremka + piekarnik spokojnie wystarczają. Próbuję. Kombinuję. Mieszam mąki. Szukam nowych połączeń i do tego też Was zachęcam. Nie ma się czego bać.
Uwierzcie! Piekę co najmniej jeden tygodniowo od +/- 4 miesięcy i mam się dobrze. A i Młoda go uwielbia.

Poniżej przepis na ostatnio upieczony przeze mnie chleb (na foremkę długości ok 40 cm).

Ziarna - mój chleb ma ich duuuużo

  • szklanka ziaren słonecznika,
  • szklanka płatków owsianych,
  • 3/4 szklanki siemienia lnianego, którą uzupełniam do pełna sezamem,
  • garść jagód goji,
  • garść amarantusa ekspandowanego,
  • garść suszonej żurawiny,
  • łyżka soli.
Tak wyglądał skład ostatnio. Nie zawsze jednak tak jest. Czasami nie mamy ochoty na słodkości w chlebie, więc automatycznie nie dodajemy żurawiny. Czasami jest tylko słonecznik, płatki owsiane i troszkę siemienia lnianego. Czasami dodane są pestki dyni. Różnie. Do smaku. Do możliwości. Do chęci. Do woli.

Mąka - przeróżna.

Zwykle żytnia. Zdarza się też razowa. Jest orkiszowa, jak i gryczana. Czystej pszennej też do końca nie skreślam, ale jest ona raczej dodatkiem.
Do ostatniego chleba została użyta:
  • 0.5kg mieszanki mąk* pełnoziarnistych: żytniej, orkiszowej, pszennej.
  • 1.5 szklanki mąki gryczanej,
  • szklanka mąki pszennej pełnoziarnistej,
  • 0.5 szklanki mąki razowej.
* Co do mieszanek mąk: bądźcie ostrożni. Niektóre z nich nie są do końca mieszankami mąk.Zwykle jest to po prostu mąka pszenna plus dopełniacze, spulchniacze, ulepszacze smaku.

Łączymy składniki
  • Do wymieszanych wcześniej składników nazwanych roboczo wyżej ziarnami  dodajemy mąkę.
  • Mieszamy.
  • Stopniowo dolewamy 220ml wrzątku cały czas mieszając.
  • Stopniowo dolewamy ok 3 szklanej wody cały czas mieszając. Ilość wody zależna jest od ilości i rodzaju dodanej mąki.
  • Dodajemy trzy łyżki oleju.
  • Na końcu dodajemy zaczyn.
  • Wszystko dokładnie mieszamy.
Masa jest dość gęsta i ciężka. Zbliżona do konsystencji gipsu.


Przed włożeniem masy chlebowej do formy pamiętajmy o odłożeniu nieco do słoika, by posłużyła nam do kolejnego wypieku.
Taki zaczyn trzymamy w lodówce. Gotowy jest do wykorzystania do kolejnego pieczenia po ok. 3 dniach (jak już drożdżyki troszkę popracują). Ważność takiego zakwasu to z kolei ok 14 dni ( tak przynajmniej mówi przepis, którym się posługuję - u mnie nigdy tyle nie wytrzymał - maksymalnie po 7 dniach zmuszona  jestem przez domowników i gości do pieczenia kolejnego chleba :) ).

Resztę wkładamy do foremki (ja wcześnej wykładam ją papierem do pieczenia). Ciasto nakłuwam widelcem, żeby chleb nie popękał. Następnie przykrywam ściereczką, opatulam ręcznikiem i daję na noc w okolice grzejnika czy też cieplejszego miejsca, żeby podrósł.

Można też włożyć do piekarnika  na 40 stopni C na ok 4-5 godzin i w ten sposób zmobilizować do podrośnięcia.

Na samo pieczenie rozgrzewamy piekarnik do 200 st. C i pieczemy około 1:15-1:20 (z czasem dojdziecie do perfekcji w wyborze optymalnego czasu pieczenia Waszego chleba).

Po upieczeniu wyciągamy z foremki i gdy ostygnie smarujemy jeszcze pędzelkiem namoczonym w wodzie i... jemy :)


Tak - zdarza się, że popęka - szczególnie jak nie daję mu odpowiedniego czasu na podrośnięcie. Nie zraża nas to jednak przed spałaszowaniem go.
Tak  - czasami wyrośnie bardzo, czasami mniej. Jak wyżej. Nie pomaga mu to w ocaleniu przed zjedzeniem.


Główne zasady i dobre rady:
  1. Nie bać się!
  2. Próbować różnych wersji, rodzajów mąk, ..., ziaren!
  3. Nie zrażać się!
  4. Dobrze się bawić!

SMACZNEGO! :)

niedziela, 25 stycznia 2015

Wariacja przepisu na ciasteczka owsiane

Owsiaczki. Jakkolwiek by to nie brzmiało, tak właśnie nazwane były te ciasteczka w pierwszym przepisie, który dostałam. Z bardzo młodą wówczas Młodą odwiedziliśmy naszych przyjaciół i właśnie wtedy przygotowała je Agata, jako te nadające się dla matek karmiących. Potwierdzam - spełniły swoją rolę i to bardzo. Przy skrajnej wówczas diecie, którą miałam były one prawdziwą rozkoszą smakową :)
Od tamtej pory  jak wiecie minęło już sporo czasu, ale ciasteczka te popełniam dość często. Zdarza się, że i kilka porcji na raz. Zwykle też za każdym razem robię je inaczej. Stąd problem ze spisaniem przepisu. Zasada "co się nawinie" zdecydowanie sprawdza się przy tych ciasteczkach. Opiszę więc wersję, która powstała na uroczystość przedszkolną z okazji dnia Babci i Dziadka. 


Ostrzeżenie: te ciasteczka uzależniają! :)



Składniki:
  • 1.5 szklanki płatków owsianych - ja używam górskich, 
  • kostka margaryny (bądź też masła), 
  • pół szklanki cukru drobnego - lub każdej innej substancji słodzącej w zależności od potrzeb i smaku. Zwróćcie uwagę jednak na pozostałe składniki, które dodajcie, jak chociażby owoce suszone i w jakiej ilości, bo może się okazać, że cukru potrzebujecie ciut więcej badź też mniej, nawet wcale. 
  • opakowanie cukru waniliowego
  • szklanka ziaren słonecznika
  • garść rodzynek, garść suszonej żurawiny - kroję je na mniejsza kawałki - ciasteczka mniej się kruszą/rozpadają,
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1.3 szklanki mąki - do tej pory robiłam jedynie na pszennej. Eksperymenty z innymi rodzajami są w planach. Dam znać :)
  • szczypta soli - w moim przypadku morskiej.

Przygotowanie:

Na patelni prażymy ziarna słonecznika. Uważamy, żeby ich nie przypalić. Powinny być jedynie jasnozłote. Przesypujemy do miseczki do ostygnięcia.

Składniki można mieszać mikserem bądź też ręcznie. Ja ostatnio preferuję tę drugą opcję. Pamiętać należy, że masa będzie dość zbita, jeśli więc obawiacie się czy Wasz sprzęt da sobie radę - nie ryzykujcie. Co do margaryny natomiast - jej pierwotna konsystencja ma znaczenie w późniejszym formowaniu się ciasteczek (co odkryłam dość niedawno). Im bardziej miękka na starcie, tym same pod wpływem temperatury przybiorą bardziej rozłożysty kształt. Uwaga! Jeśli będzie zbyt miekka i i ciasto luźniejsze, jest obawa, że zaczną się zlewać. Nie znaczy to jednak, że będą niejadalne :) Można wtedy pomyśleć o dodaniu więcej mąki.
Przy twardszej trzeba pomóc im nabrać odpowiedni kształt i formę. 
Mój ulubiony stan margaryny w tym przypadku to, gdy nie jest ona zupełnie miękka, ale nie ma problemu ze zgnieceniem jej ręką. 

W misce mieszamy: margarynę, cukier, cukier waniliowy. Gdy masa jest jednolita dodajemy ziarna słonecznika, płatki owsiane, rodzynki, żurawinę, szczyptę soli i wszystko dokładnie mieszamy. Dodajemy mąkę. I od tego momentu sugerowałabym jednak wyrabiania ciasta ręcznie.


Formujemy z ciasta kulki wielkości orzecha włoskiego i układamy na blasze. Można je spłaszczyć w zależności od potrzeb i konsystencji masy. 


Pieczemy w rozgrzanym piekarniku w temperaturze 175 C przez ok. 15 minut. 
Delikatnie zdejmujemy z blaszki pomagając sobie drewnianą łopatka, gdyż ciastka na początku są bardzo miękkie. Po chwili twardnieją. 


W zamykanym pojemniku można je spokojnie przechowywać przez wiele dni. 
Choć w tym temacie nie mogę być ekspertem. U mnie zwykle nie mają na to szans. 


I zgłodniałam :) Udanego pieczenia! Smacznego! 

czwartek, 15 stycznia 2015

Bo chorować trzeba umieć i już

Bo jak chorować, to tylko kiedy ma się wolne! Odkąd sięgam pamięcią tak miałam. Liceum. Wszelkie święta - ja i co najmniej katar. Studia. Zdarzało mi się przeziębić w trakcie roku akademickiego, ale to i tak konałam kiedy było wolne, bo akurat coś się do mnie przypałętało. Praca. Wydaję się być wybitnie rzetelnym pracownikiem. Jeśli już niedomagać to podczas świąt, weekendów, urlopów albo conajmniej rozpocząć to na parę dni przed nimi. To ponoć objaw pracoholizmu. Tak powiadają. Chyba wolę się jednak na tę chwilę w to nie zagłębiać.

Wszystko jednak na to wskazuje, że mojej młodej takie podejście bardzo przypadło do gustu. Zaplanowaliście wolne od 31 grudnia do 6 stycznia? Dla mnie też? To patrzcie co ja na to! Gorączka (druga w życiu!!!), kaszel, katar, smutna na zmianę z kwaśną minka. Moje niedomaganie to przy tym pikuś! Z innej strony jednak moje niedomaganie plus młodej choroba to istny armagedon! Oczywiście. Można sobie zadać pytanie czy lepiej, żeby chorowała gdy jest wolne czy kiedy jednak do tego przedszkola trzeba iść? Albo jeszcze gorzej - gdyby chorowała praktycznie non stop jak na klasycznego przedszkolaka przystało? W takim kontekście obecna sytuacja wydaje mi się najoptymistyczniejsza. Tym bardziej, że to już za nami! Fakt. Chorowanie się nieco przeciągnęło. Młoda zamówiła sobie odwiedziny babci. Ja pochorowałam sobie pracując. I..od razu zrobiło nam się lepiej. Cudowne ozdrowienie.

Dzisiaj przyszło nam pojechać do przedszkola po przerwie. Żeby nie było za łatwo Mr Mąż musiał wybyć na parę dni i ten zaszczyt padł na mnie. Orkan Feliks zlitował się i podczas naszej podróży trzymał swe podmuchy na wodzy. Udało nam się naszą kolumbryną znaleźć miejsce w tramwaju i tym samym z lekkim opóźnieniem, ale jednak, dotarłyśmy! Młoda szczęśliwa, witana niemal jak królowa. Ja pełna obaw, jak to będzie po przerwie, czy wytrzyma cały dzień. I jak to bywa. Moje obawy były na wyrost. Brakiem mamy się nie przejeła. Fakt. Z dystansem podeszła do wszelkiego rodzaju zabaw, ale trudno się dziwić po najdłużej do tej pory przerwie od przedszkola. W końcu trzeba sprawdzić co się pozmieniało i odkryć świeże plotki :)

Skoro już o plotkach mowa. Znacie to, gdy natłoku przeróżnych powiązanych bądź nie ze sobą zdarzeń tracicie kontrolę nad tym, co się dzieje w waszej... lodówce?
Inhalacje, syropki, witaminki tak nas pochłonęły, że gdy pewnego dnia otworzyłam lodówkę trzy jogurty naturalne stały w kolejce, żeby wyjść. A właściwie, gdyby drzwi były otwarte to by wyszły. I co teraz? Kompletnie nie mieliśmy na nie ochoty. Na większe akcję dotyczące ich zagospodarowania tym bardziej nie. A ja bardzo, ale to bardzo nie lubię wyrzucać jedzenia.

To nie ma być blog kulinarny ani reklamujący cokolwiek. Muszę jednak przyznać, że nie po raz pierwszy już Ania Starmach przyszła mi z pomocą! Przyznam bez bicia. O jej programie telewizyjnym dowiedziałam się przez zupełny przypadek. Oglądnęłam jeden odcinek i przyznam, że wszystko wydawało mi się takie proste, niewydumane i praktyczne. Nie miałam jednak w sobie tyle samozaparcia, żeby coś powtórzyć we własnej kuchni. Jestem jednak tradycjonalistką. Jak coś kulinarnego to raczej w formie książki kucharskiej. Tym sposobem trzy książki autorstwa p.Ani znajdują się u mnie na półce. Pierwsza z nich utwierdziła mnie w przekonaniu, że gorzka czekolada w domu to mus. Druga dodała do tego zbioru również białą czekoladę i cytrynę. Dlaczego? Póki co..tajemnica.
Trzecia z kolei uratowała moją lodówkę przed atakiem zezłoszczonych jogurtów naturalnych. Deser jogurtowo-owocowy (w naszym przypadku deser jogurtowo-truskawkowy) wprowadził powiew słońca w akurat zimowy wieczór. Do tego szybki w przygotowaniu, niedrogi, prosty w wykonaniu, a przede wszystkim pyyyszny.
Oto co można wyczarować z: jogurtów naturalnych (nawet wychodzących :) ), truskawek (w tym wypadku mrożonych), cukru waniliowego, cukru i żelatyny.

Przygotowania
Efekt końcowy
Czyż nie wygląda smakowicie? Dobrej nocki! I duuużo zdrowia!