Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodzinka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodzinka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 marca 2017

Ogród w górach

Byliście z dziećmi w górach? Nie, że od razu jakiś  tam ośmiotysięcznik. Choć zapewne znajdzie się ktoś, kto o tym myśli. O zgrozo! Górach, takich zwykłych górach, ale nie tych, co się tylko z okna hotelowego widzi, tylko jednak gdzieś tam kawałek pod kątem przejdzie. Byliście? Z czym Wam się to kojarzy? Jeśli Wasza odpowiedź miałaby mieć coś wspólnego z 'cud, miód i malina', to sorki, ale nie jestem zainteresowana Waszą odpowiedzią. Że tak się wyrażę, mój to blog i nie chodzi tu o to, żeby tu kogokolwiek, a przede wszystkim mnie, dobijać. 

Mi się kojarzy z: daleko jeszcze? Nogi mnie bolą. Daleko jeszcze? Chce mi się pić, jeść, ... . Daleko jeszcze? Kiedy dojdziemy? Daleko jeszcze? Ja chcę na rączki! Daleko jeszcze?

No i kombinuję. Szukam miejsc i tras niezbyt trudnych i długich. Ok! Raz mi się coś machnęło o parę kilometrów. Raz i od razu afera! Próbuję znaleźć coś takiego, by po drodze się działo, by odwrócić uwagę od faktu, że jeszcze nie dotarliśmy do celu. Żeby nie było! Bo to nie jest kwestia przymusu chodzenia po górach. Chęci są. Radość jest. I zapał jest, ino... wystarcza go na pierwsze trzy minuty drogi.

I chyba znalazłam. Są dwa słowa, które na Młodą działają kojąco, mimo że wie, że pod górkę trzeba będzie podejść. 

OGRÓD BAJEK

Położony na wysokości 780 m n.p.m. w Międzygórzu, pomiędzy górą Toczek a Igliczną. Założony po I wojnie światowej przez pracownika leśnego Izydora Kriestena, który z korzeni drzew, szyszek, kory tworzył bajkowe postacie. Ogród ten wielokrotnie niszczał, po czym następowały próby jego odbudowywania. Od 1985 roku jest w rękach Oddziału PTTK w Międzygórzu. Barwną historię ogrodu znajdziecie Tutaj. Obecnie można podziwiać tam postacie z bajek takie między innymi, jak: Smerfy, Koziołek Matołek, Kubuś Puchatek, Pszczółka Maja i Gucio, Kot w butach. 
Część z nich jest nowa, część już nadgryzł znak czasu. Dla nas ma już teraz wartość sentymentalną. Jest to pierwszy górski punkt, do którego nasza Młoda doszła całkowicie sama mając dwa lata. Teraz w wieku lat czterech powtórzyła tę trasę. Ze zdecydowanie lepszym czasem :)


Międzygórskie PTTK na swojej stronie podpowiada, jak można dojść do Ogrodu Bajek. My na wycieczkę z dziećmi polecamy szlaki krasnalowe. 
 - z przystanku PKS ul. Śnieżna lub z parkingu naprzeciw Ośrodka Wypoczynkowego "Gigant" Szlakiem czerwonego Krasnala, w ciągu 30 minut będziecie na miejscu, 
 - z  tego samego przystanku lub parkingu, Szlakiem żółtego Krasnala zajmie to minut 40.


My póki co trenujemy ten drugi właśnie. Dlaczego polecamy te trasy? Nie są trudne. Aż do samego Ogrodu do drzew poprzypinane są znaczki z krasnalami żółtymi lub czerwonymi (w zależności od wybranej drogi). Ich poszukiwania zdecydowanie urozmaicają drogę maluchom, a dzięki temu dają spokój ducha rodzicom :) Gdyby jednak i to było mało, możemy liczyć również na pomoc licznych tam domków dla ptaków. Tyle w jedną stronę. By druga nie była monotonna, wracając żółtym Szlakiem Krasnala zachęcamy odbić na Wodospad Wilczki. Ostrzegam jednak! Tam prowadzą kamienne schody, co wybierając się szczególnie z dziećmi warto mieć na uwadze. Stamtąd jednak już rzut beretem do miłego miejsca, w którym coś dobrego można zjeść. 

Jeśli jeszcze nie jesteście przekonani może nasza mała fotorelacja Was przekona? Zapraszam :)

2015

2015

2015

2015

2017

2017

2017
A na koniec mały dowód na to jak czas szybko leci...

2015

2017


poniedziałek, 27 lutego 2017

Moje Top 3 ciasteczek dla małego i dużego łakomczucha

Pobiłam rekord! Swój własny rekord w produkcji ciasteczek. Brawo Ja! W całym ubiegłym roku nie upiekłam ich tyle, co w grudniu i styczniu! Miałam flow. Fakt. Okazji też nie brakowało. Jedną nawet dodałam sobie sama. Postanowiłam w tamtym czasie nie jeść słodyczy. Chyba, że... sama je upiekę :))) Tylko ja mogłam wpaść na tak irracjonalny pomysł! W życiu się tak nie napiekłam :)

Przyznać jednak muszę, że mało było mojego kombinowania. Postawiłam na pewniaki, bo i okazje tego wymagały. Tak oto powstała moja lista Top 3 ciasteczek sprawdzonych, lubianych, smakujących, nieźle się prezentujących i zawsze wychodzących. 
Zaczynamy od najniższego stopnia podium: 

3. KOCIE OCZKA

Moje najnowsze odkrycie. Kruche ciasteczka z dziurką marmoladkową z przepisu Ani Starmach (wersji książkowej). To, co w nich lubię, to prostota przepisu. Ciasto to: mąka, masło, odrobina cukru pudru. Częścią niestandardową są dodane do niego starte marchewki, które dają kolor, ale i ciekawy smak. Co do dżemu, to nie upierałabym się co do jednego konkretnego rodzaju. Próbowałam różnych i póki co narzekać na żaden nie mogę. Ciasteczka smaczne, niedrogie w wykonaniu oraz ładnie prezentujące się. Czyż nie?


2. TRÓJFAZOWE

Ciasteczka maślane przekładane dżemem bądź powidłami zanurzone częściowo w czekoladzie. Kocham! Choć było to moje pierwsze przekleństwo ciasteczkowe. Coświąteczne oczekiwanie, że razem ze mną pojawią się one. Przepyszne, ale bardzo pracochłonne i to z tego powodu nie jest to miejsce pierwsze. Jak to  z nimi jest pisałam tutajWedług mnie warte czasu im poświęconemu.


1. OWSIACZKI

Lider od lat. Ulubione mojego dziecka. Ciasteczka, które przez pewien czas traktowałam jako swoją klątwę. Przy przeróżnego rodzaju okazjach, to właśnie na nie dostawałam 'zamówienia'. Po pewnym czasie było mi nawet wstyd je przynosić, bo zaczynało to wyglądać, jakbym nic innego już upiec nie potrafiła. Pogodziłam się jednak z losem. Sama je bardzo lubię. Do tego są szybkie do wykonania (jak na ciasteczka) i długo mogą poleżeć bez uszczerbku walorów smakowych. Idealnie sprawdzają się w sytuacjach 'na wczoraj'. Lubią je również dzieciaki. Pewnie dlatego, że to takie typowe (acz zdrowe) jedzenie 'śmieciowe'. Wrzucasz co masz pod ręką. O przepisie na nie wspominałam tutaj. Przyznam  jednak, że ostatnio idę na łatwiznę ograniczając się ze składnikami do bazy owsiano-słonecznikowej. Nie stają się jednak przez to mniej uzależniające. 



A jakie są Wasze ulubione?




wtorek, 21 lutego 2017

Czasoogarniacz podejście wtóre

Przyszło mi spojrzeć prawdzie w oczy. Próbowałam. Nie udało się. Po kilku latach przyszedł czas się przeprosić.

NIEZAPISANE NIE ISTNIEJE

Podczas studiów, jak i poniekąd połączonego z nim mego okresu radiowego, nie potrafiłam bez niego żyć. Był i czas, kiedy miałam co najmniej dwa. Jeden w pełni poświęcony rzeczom uczelnianym, drugi pozostałym notatkom. A że kiepski jednak mój łebek jest do dat, to wszelkie urodziny i inne wydarzenia były tam skrzętnie notowane. Pewnie, gdybym te przyzwyczajenia utrzymała nie miałabym każdego lutego problemu z błędnym wstrzeleniem się z życzeniami dla jedynej znanej mi Katarzyny, która postanowiła nie obchodzić swojego święta w listopadzie. Taaa :)

Nie wiem jak u Was, ale ja mam tak, że jak sobie czegoś nie zapiszę to to nie istnieje. Oczywiście w życiorysie mym zapewne jakieś chlubne przypadki zapamiętania można znaleźć, ale nawet teraz żaden nie przychodzi mi do głowy. Nie może więc ich być zbyt wiele. 

To nie stąd to nieogarnianie. Uprzedzając Wasze myśli :) To znaczy zapewne i jakiś procent tak, ale nie taki jaki z przyjemnością na to zwalić bym chciała.

Toż co roku robię przecież co najmniej 5 kalendarzy! No dobra. Tak, robię. Tak, jak już pisałam tutaj, sprawia mi to frajdę. Zawsze jednak tworzenie ich to walka o ogień i na jeden dla mnie nie wystarcza po prostu czasu. 


Przez ostatnie lata próbowałam przeżyć bez kalendarza. Przecież mamy smartfony, facebooki czy inne google. Tak właśnie. Część notatek była tutaj, inna gdzieś indziej. Skutkowało to tym, że jak Mr Mąż wybywał w krótkim czasie w różne miejsca, to można było mnie przypalać, a nie powiedziałabym gdzie akurat jest. Słabo, ale tak właśnie było. Teraz, gdy częstotliwość jego wyjazdów daleka jest od zbliżania się do zmniejszenia, drugi berbeć pojawił się na horyzoncie i okazało się, że też ma spotkania, na które beze mnie nie dotrze, a pierwszemu niezbędne coś trzeba przygotować do przedszkola ze względu na Dzień Kota, Tygrysa, czy innego Tofika, czas przyszło się z kalendarzem przeprosić. 

NOWI PRZYJACIELE DOMU

Tak oto pojawił się najpierw On :) Tadaaam!


Tak, nie jest dłuży, bo ten ma za zadanie być ze mną wszędzie i zmieścić się do najmniejszej mej torebki. Został też nabyty drogą kupna niedawno. A wiecie jakie są plusy kupowania kalendarzy nie w grudniu czy na początku stycznia? Finansowe! Co najmniej 30% zostaje w kieszeni, a tak naprawdę może zostać wydane na inny cel :)

To, do czego zbierałam się od co najmniej roku, to kalendarz na lodówkę. Me plany szły nawet dalej. Jakimś cudem zagnieździło mi się w głowie, że sama go stworzę. Co ja wtedy brałam? Nie wiem. Teraz jak o tym pomyślę, to mam wrażenie, że jakąś przeterminowaną herbatkę musiałam wypić, żeby na to wpaść. Nie to, że w siebie nie wierzę, ale by nie zagłębiać się zbyt dalece w temat i dalej się nie kompromitować uznajmy, że ludzie są różni i różne talenty posiadają. Kwestię słomianego zapału nie poruszajmy. 

Niemniej w tym roku znalazłam wybawcę. Klaudia z lecibocian.pl była tak miła i w tym roku stworzyła kalendarze do druku. Prosta grafika, idealny format, miejsce na codzienne notatki. Ja więcej nie potrzebuję. W sam raz na ścianę lub lodówkę. U mnie zabazgrany już i pokolorowany prezentuje się tak: 


Tak oto pozbawiłam się wymówek. Ups. Wiem za to, że coś się dzieje. Dużo się dzieje. 

A Wam? Co pomaga ogarniać?

środa, 8 lutego 2017

Gdy kryjówek brak

Znów go słychać. Pojawia się nagle. Znikąd. Niepostrzeżenie. Nie umiem zareagować inaczej. Każdorazowa jego obecność sprawia, iż tym usilniej próbuję znaleźć jakąś kryjówkę. Nic nie jest jednak wystarczająco blisko i akceptowalnie dobre. Buduję pancerz. Próbuję. Pot spływający po plecach mrozi. Zdrętwiałe ręce nie pracują tak jak powinny. Po raz kolejny nie udaje się przed nim uciec. Ostatkiem naiwności i sił chowam się we własnej skorupie. Głębiej i głębiej, łudząc się, że mnie nie znajdzie. Znajdzie. Zawsze znajduje. Zawsze paraliżuje. Lęk. Lęk taki, którego nie sposób pomylić z niczym innym. 

Mój organizm tak reaguje, choć reakcja to czynność, a ja najchętniej zamknęłabym bym się gdzieś, gdzie nikt, a przede wszystkim on, mnie nie znajdzie. By nie musieć reagować. By nie czuć tego ciężaru. 

Autor: K. Dmochowska

Tak to wygląda za każdym, gdy u latorośli którejkolwiek pojawia się kaszel, gorączka, ból brzucha czy jakakolwiek inna dolegliwość zdrowotna. Ułamek sekundy po tym, gdy przestaję się łudzić, że to nie kaszel tylko przykrztuszenie śliną, że to nie gorączka, tylko błąd pomiaru, a ból brzucha to zbyt ciasne spodnie, mam ochotę się ukryć i udawać, że to się nie dzieje. To jest silniejsze ode mnie. Że przy drugim jest łatwiej? Mit. Inaczej? Fakt. 

Kiedy mija? Mam wrażenie, że już nie mija. Można go stłumić, a nawet trzeba, by móc zareagować. TEN lęk raz pojawiwszy się, nie zniknie już nigdy.


środa, 21 grudnia 2016

Prezentowy zawrót głowy

Lubię robić prezenty. Ot, tak mam! Nie chodzi tu o żadną górnolotną filozofię o przewadze dawania nad braniem czy cuś. Po prostu lubię. Szukanie pomysłów sprawia mi ogromną frajdę. Oczywiście najłatwiej kiedy doskonale znam osobę, dla której wybieram, ale nie jest to konieczność nad koniecznościami.

Z prezentami jest tak, że czasem ktoś mówi wprost, co chciałby dostać. Idealnie (dla mnie), kiedy mimo konkretnego życzenie pozostaje jeszcze bufor. W sensie wiem, że ma być bodziak, ale jaki to już moja inwencja twórcza. I chyba właśnie jej niektórzy się obawiają :) Na swoją obronę jednak wziąć muszę, że nie sprawiam prezentów, które mogłyby zawstydzić obdarowaną osobę przy rodzinie lub sprawić dyskomfort. 

W tym roku wyjątkowo jestem z prezentów zadowolona. Tuż przed Świętami to mnie właśnie lekko stresuje. Mówią, że jak aktorzy dobrze się bawią kręcąc film, to on sam jest do bani. Jak komicy za bardzo śmieją się ze swoich dowcipów, to publika zdecydowanie mniej. Jak...

Jak wyszło przekonam się za parę dni. Dzisiaj o kilku pomysłach na prezent chciałabym Wam napisać właśnie. 

KALENDARZE

Swoje przygotowania rozpoczynam już pod koniec listopada wysyłając rodzince informacje, by podesłali mi zdjęcia z mijającego roku. Takie dla nich wyjątkowe. Kilka lat temu bowiem wkopałam się w pewną rzecz. A mianowicie robienie kalendarzy. Zrobiłam raz i teraz nikt na nic innego nie czeka tylko na kalendarz właśnie. Nazwałam to wkopaniem, bo gdyby pewnego dnia padł mi na śmierć komp albo poczta tfu Mikołaj vel Aniołki vel Dzieciątko vel Dziadek Mróz vel.. był zgubił przesyłkę, to właśnie to mogłoby być największym koszmarem świątecznym. Dla mnie z kolei robienie tych kalendarzy to już coroczna tradycja. Zwykle robię ich pięć (dla wszystkich babć i dziadków z każdej strony), a że staram się by zdjęcia były pokazane chronologicznie (czytaj: zdjęcia ze stycznia 2016 pokazane są na karcie stycznia 2017), to zajmuje to trochę czasu. A że to już starożytni mawiali, że sen jest przereklamowany to niniejszym obwieszczam: kalendarze zrobione i w tym roku. Powiem więcej! Już dotarły! Część z nich leży spakowana pod choinką nawet. 

Lubię robić te kalendarze, choć przyznam, że co roku namarudzić się przy nich muszę :) Jest to też te parę dni w roku, które spędzam na przeglądaniu zdjęć znajdujących się w zakamarkach naszych dysków i chmur. Sami przyznajcie. Robicie setki zdjęć. Kiedy jakieś wywołaliście? Kiedy do nich zaglądnęliście? Spokojnie, też tak mam. Choć obecnie przeszukiwania zdjęć do kalendarzy zmotywowały mnie do zrobienia fotoksiążek. O tym jednak innym razem.

A wiecie co najbardziej lubię przy tworzeniu kalendarzy? Niby każdy wie, że to zawiniątko pod choinką to właśnie to. Niby wysyłali zdjęcia, więc wiedzą czego można się spodziewać. Teoretycznie. Praktycznie co jest w środku wiem tylko ja. Cieszy mnie jednak, że co roku jest sporo śmiechu przy ich oglądaniu. 



DLA DOROSŁEGO

Zdecydowanie bardziej lubię ostatnio kupować prezenty dzieciom. Są bardziej czytelne. Z nami starymi z roku na rok wydaje mi się jest coraz gorzej. Kolejna książka? A co jeśli już ją ma? Perfumy? Ale te same co rok i dwa lata wcześniej? Wiem, że potrzebuje nowej patelni, ale jako kobieta kobiecie patelni pod choinkę jednak nie kupię. Itp. Itd. 

Największą zagwozdkę miałam z mym szanownym małżonkiem of course. W tym roku nieoczekiwanie z pomocą przyszedł mi Blog Ojciec. Był on tak miły i pewnego dnia wypisał pomysły na prezenty dla mężczyzn. Jeden z portali, który został tam przy okazji zaprezentowany rozwiązał mój problem związany zarówno z prezentem świątecznym, jak i zaległym urodzinowym. 


I tak! Nie boję się o tym tutaj pisać. Powiem więcej! Nawet pokażę, jak prezent wygląda! Ha! Tadaaam!


Bo jak sami widzicie, najważniejsze jest w środku :) Jak już otworzy, to przyznam się, co to było :) Teraz, gdy ciekawość go zżerać zacznie, pozostanie mu przeglądanie stronki sklepu i głowienie się, co ta żona wariatka wybrać zdecydowała się. Nie oszukujmy się. Sama próba zastanawiania się nad tym to oczywista strata czasu. Miałam wenę! Wybaczcie! Co dokładnie znajduje się w tym magicznym pudełku wydać mogę dopiero po Świętach. Wszystkich tych, którzy podobnie jak ja lubią takie nieoczywiste prezenty zachęcam do zerknięcia na stronkę. Nie jest jest za późno, by coś ciekawego wybrać jeszcze przed Świętami. 

DLA MŁODSZEGO

Nie kupuję gier komputerowych, na X-Boxa, czy telefon. Mam wewnętrzny opór przed tego typu prezentami. Będę wyrodną ciotką, ale na taki prezent dzieciaki ode mnie liczyć nie mogą. Tym samym jednak wykluczam sporo potencjalnych możliwości. Dawanie gotówki jako prezent świąteczny, to też coś, wobec czego mam wewnętrzny opór. 

Wiadomo jednak jak obecnie trudno jest wybrać dziecku coś, co nie świecąc i nie robiąc dużo hałasu je zainteresuje to raz, a dwa nie kupimy czegoś, co już ma. 

Moje tegoroczne pomysły? Proszę bardzo:

  •  Było sobie życie - atak wirusów. 

Gra oparta na kultowej bajce Alberta Barille i skierowana dla całej rodziny. Świetnie się będzie bawił już starszy przedszkolak czy młody uczeń. 
  •  Zestaw gadżetów do scrapbookingu. 
Kolorowe karteczki, naklejki, piórka, finezyjne dziurkacze, pieczątki i dużo dużo więcej. Znacie jakąś młodą dziewczynkę, którą taki prezent by nie ucieszył? No ok! Może nie każdego rodzica taki podarunek uszczęśliwi, ale wyjątkowo tym razem skonsultowałam plan zakupu z opiekunem. Żeby nie było! :)
  •  Przytulaki ze zgranej paki.
Podejrzewam, że właśnie przy tym punkcie zdania będą najbardziej podzielone. W zupełności się z tym zgadzam. Z maskotkami różnie bywa. Są takie, bez których dziecko nie potrafi zasnąć. Bywają też takie, które od początku pobytu w naszym domu zbierają jedynie kurz. 

W okresie świątecznym jeśli kupuję je w prezencie to tylko te konkretne. Przyznam. Zawsze czekam i wypatruję, jak właśnie w tym roku będą wyglądać. 

Kupuję, gdyż:
  • one, te konkretne, pomagają, 
  • są śliczne, 
  • kolekcjonuję je sama, 
  • często mi do obdarowywanego po prostu pasują, 
  • gdy nie mam pomysłu, wolę kupić coś, co też ma drugie zadanie do spełnienia. W tym wypadku wspiera fundację. 

Moja prywatna kolekcja wygląda tak: 


My zaczęliśmy w 2009 roku. Jeśli chcesz zacząć w tym, znajdziesz go TUTAJ


A Wy jak stoicie z prezentami? Podzielcie się swoimi pomysłami. 

czwartek, 15 grudnia 2016

Pogodzona i gotowa na zmiany

Aj! I zaś zeszło! Chciałabym wytłumaczyć to jakoś z sensem, ale ciężko. Wydawałoby się, że sprawa jest banalnie oczywista, ale by być w zgodzie sama ze sobą, nie mogę tak przyznać.

Tak! Dodatkowa para rąk, która w domu pojawiła się pół roku temu, pisania bloga nie ułatwia. Nie jest jednak tak, że młodsza młodzież absorbuje mą uwagę aż tak, że nie jestem w stanie pisać. Co to to nie! Tym bardziej, że codziennie wraz ze swą siostrą tematów mi dodają. 

I tu jest pies pogrzebany właśnie!

Pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że gdy tylko siadam do komputera, by tutaj parę słów zostawić, to mam w głowie tematy mniej lub bardziej "dzieciowe". Powiem więcej! Po jednym z wpisów, ktoś nawet nazwał moje pisanie parentingowym. Nie to, że mam coś do blogów parentingowych. To nie tak. Zrozumcie mnie proszę dobrze. Kilka nawet regularnie czytam. Nigdy jednak nie pomyślałam, że mogłabym takie pisać. Za wysokie progi na me nogi drodzy Państwo. Me rodzicielstwo to istny plac boju. Ciągłe próby pojęcia co by tu zrobić, żeby było dobrze. Podejście do tego z przymrużeniem oka ratuje mi życie i psychikę przede wszystkim. I mimo że ostatnio powoli urastam do rangi Starszego Specjalisty ds. Walki z Zapaleniem Krtani (brawa dla mych latorośli, które na mnie zagłębienie się w temat wymusiły), to jednak zupełnie na siłach się nie czuję, by temat tutaj omawiać. Jakby dodać do tego moją miłość do placów zabaw, czy dyskusji pro i anty cokolwiek dzieciowego, to więcej chyba nie trzeba by mieć pewność, że ta droga nie dla mnie. Porównanie jednak traktuję jako komplement i serdecznie za nie dziękuję! "Na prawdziwo", jakby powiedziało me dziecię, próbować jednak nie będę. 

Zajęło mi to trochę (jak widać patrząc na datę ostatniego wpisu). Niemniej pogodziłam się sama ze sobą, że nie ucieknę. Z wiadomych względów tematyka "dzieciowa" może pojawić się w najbliższym czasie nieco częściej i to nie ze względu na wyprawy wszelakie, jak to onegdaj bywało. Ostrzegam. Postaram się jednak nie zanudzić :)

Szczególnie, że dziać się działo, dzieje i dziać będzie. Pierwsze zmiany na blogu zauważyliście? Co myślicie? To dopiero początek! 


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Musowe szaleństwo

Odkryłam to całkiem przypadkowo. Gdzieś, kiedyś przeleciał mi przed oczami telewizyjny obrazek o tym ustrojstwie. Zaintrygowało. Wygooglałam. Znalazłam. Pokombinowałam* i mam. Fakt! Zakupiłam kompletnie nie wtedy, kiedy najbardziej się przydaje, więc niemal rok przeleżał na półce. Niemniej jest. Teraz Młoda sobie nie wyobraża życia bez niego. Tak. Młoda. To ona, przy niewielkiej pomocy korzysta głównie z tego dobrodziejstwa. Pośrednio i bezpośrednio. 

Zwie się to z angielska Fill'n Squeeze, a w wolnym tłumaczeniu to gadżet, dzięki któremu stworzyć można mus łudząco podobny do tych, które znajdziesz w sklepie. 

Kojarzycie je? Musy (zwykle owocowe) w saszetkach? Ci, co mają dzieci zapewne tak ;)



Fot. Ja. Młoda i musy :)

Ich wybór na polskim rynku jest coraz większy. Owocowe, warzywne, owocowo-warzywne, z dodatkiem jogurtu, ziarna, ... , z większą lub mniejszą ilością wody czy cukru rzecz jasna. Rozpiętość cenowa jest równie szeroka.

Producent Fill'n Squeeze na pewno Ameryki nie odkrył. Przyznać mu jednak muszę, że sprzęt może być pomocny przy wprowadzaniu nowych pokarmów maluchom, jak i świetną przekąską również dla starszaków, szczególnie jeśli chce się mieć kontrolę nad tym, co jest w środku. Super sprawdza się podczas wycieczek czy jako deser w plenerze. 


Standardowy zestaw zawiera: pojemnik o pojemności 500 ml do napełniania saszetek, nakrętkę na pojemnik, tłok, 5 szt. wielorazowych saszetek, instrukcję obsługi.



fot. Ja
To, czego ja najbardziej się bałam, to możliwości, a właściwie jej brak, utrzymania czystości samych saszetek. Jak podkreśliłam wyżej, są one wielorazowe, niemniej nadal są po prostu saszetkami. Oczami wyobraźni widziałam te namnażające się bakterie i pleśń. Bleee..
Zwracam jednak honor. Wystarczy zalać je wodą z płynem, wstrząsnąć i pozbyć się pozostałości przekąski. Przy kolejnym przepłukaniu wodą saszetki są gotowe do ponownego użycia. 

Samo przygotowanie jest już szybkie i banalnie proste. To jakich owoców, czy warzyw użyjemy zależy już tylko od nas. Ważne by były miękkie, by dały się zblendować lub po prostu zgnieść. Tak przygotowany przysmak można zjeść bezpośrednio po przygotowaniu, dać do lodówki, jeśli zamierzamy go użyć do 24 godzin, a nawet przechować w zamrażarce, jeśli przygotowujemy posiłek na zapas. Nie wiem jak Wam, ale mi w to graj :)


Szczególnie, jak już wspomniałam, Młoda sama do ich przygotowywania się rwie. Warto skorzystać. Tym bardziej póki sezon w pełni :)



Fot. Ja. Młoda w akcji

Smacznego musowego szaleństwa!



* Fill'n Squeeze dostępny jest już w Polsce. Wierzę, że to tylko kwestia czasu, kiedy pojawi się na półkach w sieciówkach, jak to jest w innych krajach. Ja swoje wypatrzyłam w Internecie właśnie w takim miejscu w UK. Poprosiłam dobrą duszę o pomoc, która dokonała za mnie zakupu i podesłała do Polski. Dwa zestawy plus paczka z Anglii kosztowała tyle, co zakup jednego zestawu z przesyłką w Polsce. Brexit Brexitem, ale jeśli znacie kogoś w tym dalekim świecie, to ten ktoś idąc do marketu po bułki może przy okazji taki kartonik do koszyka włożyć i jak będziecie grzeczni Wam podesłać. Zawsze to jakiś grosz na waciki w portfelu zostanie :)

czwartek, 21 lipca 2016

Czy leci z nami pilot?!


"Z drugim będzie łatwiej". Znacie to? Bo ja się na ten przykład pytam: gdzie jest instrukcja obsługi do Młodego?! Ewidentnie się gdzieś zapodziała była. 


Będąc w ciąży z Młodą czytałam. Nie żeby z jakąś wielką przesadą, ale coś jednak trafiło w moje ręce z tematyki niemowlęcej. Fakt - już w opisie przebiegu ciąży widziałam peeewne rozbieżności, ale nie poddawałam się. Jakież było jednak me zaskoczenie, gdy trafił mi się wcześniak. To znaczy zaskoczeniem nie był wcześniak, a fakt, że z tej ponoć wielkiej nabytej przeze mnie wiedzy wykorzystać w życiu mogłam jedynie niewielki procent. Reszty nie warto było sobie nawet przypominać, chyba że chęć bezsennej nocy brała górę. Wtedy to był wręcz świetny pomysł. Czytanie o z pozoru zwykłych, codziennych rzeczach, które dla wcześniaków mogły (nie musiały) oznaczać zagrożenie. Spodziewając się więc kolejnego wcześniaka darowałam sobie temat czytania. I cóż... Fakt. Jest i drugi wcześniak. Ino tak się kompletnie nie prezentujący ( nie, żebym narzekała, ale.. ). Ogólnie me drugie dziecię jest CAŁKOWICIE innej od pierwszego.


Ja wiele rozumiem. Różnimy się. Człowiek od człowieka, ludź od ludzia, dziecko od dziecka. Oczywista oczywistość. 
Wydawałoby się jednak, że dzieciaki tego samego ojca i tej samej matki będą nieco do siebie podobne. Nie mówię, że przez całe życie, ale chociaż tak...na samym jego początku. I chociaż tak odrobinkę. 


Taaa... Nie to, że oczekiwałam cudów. Raczej się łudziłam (i dalej to czynię), by nie oddał nam z nawiązką tego, co siostra miła była nam darować, jak kolki, niejedzenie, czy bolesne ząbkowanie. Ale, żeby starych tak od samego początku w konia robić?! Najpierw podstępem drogi kolega wymusił przedwczesne pojawienie się na świecie. Tłumaczę sobie to tym, że po prostu chciał jak siostra. Widocznie 35 tygodni to jest maks, co moi potomkowie są w stanie w mym ciele wytrzymać. Cóż. Bywa i tak. Ale, żeby na tym skończyły się podobieństwa? I to tak od samego początku. Szok na twarz raz, dwa, trzy i mamo, tato radźcie sobie. Kompletny brak punktów stycznych. Sen, kąpiel, spanie, jedzenie, ..., cokolwiek związanego z niemowlakiem, co wpada do głowy, przy Młodym jest inne!

Przy drugim łatwiej? Tak. Przewijanie idzie sprawniej. I to jakby na tym koniec. Choć może jeszcze jedna rzecz. Gdyby Młoda zachowywała się będąc w obecnym wieku Juniora tak jak on, to podejrzewam sprowadzałabym lekarza co 2 godziny maks, by sprawdził czy z mym dzieckiem wszystko w porządku. Dodam tylko, że gdy Młoda ma była jeszcze niemowlęciem jej pediatra powiedziała do mego Mr Męża, by zaczął szybko myśleć o drugim dziecku, by żona się czymś zajęła zanim do końca zwariuje ;] A ja po prostu do końca wierzyłam, że dzieci zachowują się tak, jak w tych książkach pisano. W końcu ktoś kiedyś na jakiejś podsawie je napisał. 







poniedziałek, 11 lipca 2016

Mamuśka razy dwa

Aaaa to się napawdę dzieje!!! U mnie w domu śpi właśnie dwoje dzieci. Dwoje moich własnych prywatnych dzieci. Na tyle prywatnych oczywiście na ile Mr Mąż vel. ich ojciec na to pozwala. Niemniej jednak. 

Przeczekałam czas minusowego wieku skorygowanego mego dziecięcia najmłodszego, bo jakoś dziwnie mi mówić było "właśnie skończył minus dwa tygodnie", ale czas spojrzeć prawdzie w oczy. Jestem matką parki. Aaaaaa


Parka ma. Lipiec 2016. Fot. Ja. 

Dzisiejszym wpisem chciałabym odpowiedzieć wszystkim tym, którzy osobiście, smsowo, mmsowo, fejsbukowo czy każdą inną drogą zadawali mi pytanie: "I jak jest z dwójką?", a żadnej informacji zwrotnej się póki co nie doczekali. Poślizg jak widać mam nie tylko na blogu. 

Jak jest?

- jakby się było cały czas pod wpływem, choć to brzmi za bardzo jak baby blues, którego jednak wydaje mi się, że nie mam, 

- na opak - wbrew pozorom to nie Młody, a Młoda wymaga teraz więcej: uwagi, czasu, obecności, więcej wszystkiego, 


- gwarniej - tak wiem, Młody jeszcze nie mówi, ale za to Młoda mówi więcej i głośniej. Młody zresztą też potrafi powiedzieć co myśli, że znalazła się chwila, kiedy nie je i jak tak może być ;)

- szybciej i intensywniej - jak pojawiła się Młoda zdałam sobie sprawę, jak dużo czasu kiedyś marnowałam. I gdy wydawało mi się, że teraz to już doba jest wypchana po ostatnie wielkości szpilki miejsce, to okazało się, że można, a nawet trzeba coś jeszcze wrzucić. Powiecie, że tak, ale kosztem czegoś. Oczywiście, że też, ale bym tego nie faworyzowała. Jedyne, czego mi jednak troszeeeczkę brakuje, to nieco więcej.. snu. I to też nie dlatego, że Młody nie daje, ale bardziej przez fakt, że śpioch ze mnie wychodzi. :)

A teraz przeprosić muszę. Prezes wzywa :)



piątek, 23 października 2015

Zazdraszczam Ci Krakowie!

aaaa zazdraszczam Ci Krakowie!!! Zazdraszczam i już! Nic nie poradzę!

19. Międzynarodowe Targi Książki właśnie się rozpoczęły i potrwają do 25 października.

Jak sama nazwa na to wskazuje to kolejna edycja imprezy. Dla mnie, mówiąc dosadniej, ta inicjatywa to wizytówka Krakowa. Niestety, znana wciąż jedynie z opowiadań bądź też prasy. Nie inaczej będzie w tym roku. Nie dane mi jest tam pojechać. Choć jak tak dłużej się nad tym zastanowić, to może nawet i dobrze. Coś tak czuję podświadomie, że to kolejne miejsce po eventach rękodzielniczych (jak chociażby wspominanym tutaj już Ręki Dzieła Feście), gdzie tak naprawdę powinnam pojawiać się bez portfela, jeśli w ogóle :)
Może więc jednak to dobrze, że będę zdecydowanie dalej niż bliżej tych krakowskich hal. Tej wersji będę się trzymać w każdym razie, żeby zbyt smutno w weekend mi nie było :)


Prawda jest jednak taka, że kupuję książki namiętnie. gdy jestem sama to bez opamiętania. Nie tylko sobie - żeby nie było :) Męża próbowałam wciągnąć zamieniając kwiaty weselne prośbą o książki. I wiecie co? Warto było! Nie - nie było żadnej listy 'zalecanych'. Nie - nie było powtórzeń. Tak - była różnorodność. Wśród książek znalazły się takie, których sami pewnie byśmy sobie nie kupili, a po przeczytaniu stwierdzamy, że byłby to błąd. Pojawiły się poradniki, zielniki, książki z humorem, kryminały, te bardziej romantyczne, jak i książki dla dzieci, które teraz sprawdzamy gorliwie na Młodej. Bo ją też próbuję wkręcić w świat książki. Póki co chyba z sukcesami. Misia Marysia (dzięki Wydawnictwu Debit) jest z nami (podobnie jak Emil :) ) wszędzie! Sama się gubię czasem, które opowiastki już mamy, a których na półce jeszcze brak. Ona jednak pamięta doskonale. Niektóre nawet jest w stanie 'przeczytać' sama.



I wciąga nawet kolejne 'pokolenie' :)

Jeśli więc też chcecie się wciągnąć lub po prostu szukacie wymówki, by pojechać na weekend do Krakowa - szczerze zachęcam!
Jak zapewniają organizatorzy z myślą o zwiedzających rokrocznie przygotowywany jest barwny program towarzyszący. Podczas Targów zwiedzający mają możliwość spotkania z ponad 500 autorami z kraju i zagranicy. Na terenach targowych odbywają się panele dedykowane branży wydawniczo-księgarskiej. Podczas Targów są rozstrzygane najważniejsze polskie plebiscyty i konkursy literackie. Ponadto na Targach nigdy nie brakuje spotkań dedykowanych najmłodszym. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie mają formułę święta książki w całym Krakowie. Poza terenem imprezy odbywają się spotkania z autorami, happeningi literackie, spektakle teatralne, konferencje, koncerty, wystawy.



Jeśli podobnie jak ja nie możecie tam się pojawić, wielu wystawców przygotowało dla nas miłe niespodzianki. Posprawdzajcie strony sklepów internetowych swoich ulubionych wydawnictw lub księgarni. Wiele z nich ma dla swoich klientów ofertę promocyjną na czas trwania Targów.


Miłego więc!

czwartek, 15 października 2015

1095 dni, czyli jak to jest mieszkać z trzylatką

Był tort, świeczki, balony, odwiedziny, goście, pierwsze przyjęcie w przedszkolu, tańce, hulanki, swawole. Nieco niepokoju przed nową sytuacją, przejęcie, bardzo dużo emocji, a co ważniejsze jeszcze więcej uśmiechu i śmiechu. 

Tort - pyszota, choć to nie w 100% moja zasługa - przepis bardzo przystępny - nie udało się zepsuć :) Tym w potrzebie bardzo polecam - klik! Dorota mistrzyni jak zwykle! 



Świeczki - gdybym szukała takich, pewnie bym nie znalazła, ale że szukałam czegoś innego, więc: tadaam! 

Balony - nie wiem jak u Was, u nas nie ma bez nich urodzin. 

Odwiedziny/goście - babcie, dziadkowie, wujostwo, ukochana niania. W grupach mniejszych i większych. Dzień po dniu. Dzięki czemu świętujemy dłużej. 

Pierwsze przyjęcie w przedszkolu - ogrom emocji i przejęcia Mani. Ogrom wzruszenia mamy. Przygotowane pięknie. Każdy spędzając tak swoje urodziny czułby się wyróżniony. 






Tańce, hulanki, swawole - i te przedszkolne i te domowe, każde ważne i miłe.

Uśmiech - ten najważniejszy

A jak to jest żyć z trzylatką? 

Kolorowo, intensywnie, multizadaniowo, przerewelacyjnie, coraz częściej schizofrenicznie, 

Jak niektórzy z Was wiedzą, od nieco ponad miesiąca mieszka z nami Emil. 

W mamy rzeczywistości to: onegdaj zapomniana, a odgrzebana lalka.

W Mani rzeczywistości to: brat, ewentualnie dziecko, czasem po prostu lalka. Wszystko w zależności od sytuacji.  

Emil pojawił się u nas nagle, ale dość intensywnie. Podobnie z resztą jak Emil cioci Kasi, ale ten w rzeczywistości :) Wystarczyła wizyta u Emila jeszcze w szpitalu i tak oto od początków września jest i on. 

Ukochany dzidziuś lub brat - w zależności od chwili, z którym wychodzi na spacer (bo Emil jest z nami wszędzie! ), któremu czyta, o którego dba, którego karmi, któremu czyta na dobranoc, przykrywa kołderką w nocy.Emil też tęskni kiedy nas nie ma. Czasem się czegoś boi. 

Emil bywa marudny: "Mamo, a Emil nie chce tego jeść. Może zrobisz inną kanapeczkę, to razem z Emilem ją zjemy?". 


Emil musi mieć robioną inhalację, kiedy Młoda ma zapalenie krtani: "Emil musi pierwszy. No dalej Emilu. Nie bój się. No dalej!"

Emil lubi oglądać bajki: "Mamo, ja już nie potrzebuję oglądać, ale Emil chce. Popatrz! On już płacze. Tylko jedną.." 

Emil bywa niegrzeczny i wtedy ma z Młodą pogadankę: "I co zrobiłeś Emilu? Przecież mówiłam, że tak nie wolno. Oj Emilu Emilu..."


Pewnego dnia, kiedy owo dziecię nasze zwane Młodą nie chciało zasnąć Mr Mąż postanowił pójść tym tropem właśnie. 

Miejsce scenki: Mieszkanie.

Udział biorą: Młoda i Mr Mąż.

Mr Mąż: - Popatrz! Emil już śpi. Będzie wypoczęty i będzie Cię potem budził. 

Wydająca się być zrezygnowaną poziomem ojca Młoda: - Emil jest lalką. Nie potrafi mówić. 

Koniec.


Kurtyna.